infookładkiartykułylinkikontaktnewsletter :  
  Powrót do listy artykułów

Pikowanie

Salony gier prowadzone i kontrolowane przez bezpiekę, ustawiane maszyny… Tak wyglądał śląski hazard 30 lat temu. Rozmawiamy ze Zbyszkiem Majewskim, ex-mistrzem automatów. Przed wywiadem Zbyszek powiedział mi: „załóż coś na oczy, masz wzrok śledczego”. Przez resztę rozmowy – z braku innych – miałem na twarzy stare, różowe okulary.

Ultramaryna: Po co te okulary?

Zbyszek Majewski: Złe wspomnienia 20 lat temu śledczymi były kmiotki, teraz to inteligentni ludzie. Działają w zmowie, jeden cię upodli, drugi przeprosi, poczęstuje papierosem i zabarykaduje mózg, nawet nie będziesz wiedział kiedy się otworzysz…

Kiedy zorientowałeś się, że jesteś hazardzistą? Byłem nim już jako dziecko, prowokowałem kolegów do kart, odrywałem od zajęć. Pasjonowało mnie oczko – wyciąganie kart, ten dreszcz, chwila emocji, adrenalina. Graliśmy dla zabawy, ale już wtedy zaczynałem się gubić, choć nie potrafiłem jeszcze tego nazwać.

A ciąg dalszy? Nastąpił kilka lat później, w ‘74, ‘75 roku. Byłem kinooperatorem, zarabiałem mało, ale kochałem tę pracę, nie robiłem tego dla zysku – dla zysku handlowałem na targu płytami i ubraniami. Matka miała kiosk jarzynowy tuż obok Spodka, mieliśmy tam wykupione obiady, w „Olimpijskiej”, a obok mieścił się też salon gier z automatami. Pierwszy dzień pamiętam jak dziś, siostra mamy chodziła tam i naopowiadała jej pięknych historii, ile można wygrać i jak dobrze zabawić, postanowiliśmy pójść. Wygraliśmy wtedy drobne kwoty, to był piękny dzień. Już wtedy zwróciłem uwagę na pewne objawy u mamy - nie potrafiła odejść od automatu, zapomniała o kiosku, ja o też zapomniałem że muszę być u dziewczyny. Wypaliłem tego dnia multum papierosów, z trzy paczki - oczywiście z emocji, z kontaktu z automatem. Kolorowe światła, dźwięk jaki wydawał automat gdy wypadały pieniądze, dzwoneczki – człowiek był zahipnotyzowany, wzrokowo, słuchowo… Zacząłem przywiązywać się do niego uczuciowo. Może ci się to wydać banalne, ale można go było pokochać. On dawał pieniądze, wrzucałem jedną monetę, a on wyrzucał mi 100 innych – czyż nie można pokochać takiej maszyny? Po pierwszej wizycie tam nie mogłem zasnąć w nocy, marzyłem jak fajnie by było wygrywać codziennie, jak szybko mógłbym zaimponować innym ludziom. Gdybyśmy wtedy przegrali, to nie pokusiło by już mnie ani mamy. Ale zabrany z kiosku na cel gry utarg zwrócił się i to był początek złego - wygraliśmy dwa razy więcej niż przynieśliśmy.

Co decyduje, że człowiek staje się hazardzistą? Myślę, że nie ma ludzi na to odpornych, jeśli komuś zdarzyło się coś takiego, co moim przyjaciołom – kogokolwiek zabrałem automaty i ten ktoś wygrał, momentalnie stawał się poddany. W psychice tworzy wtedy się fantastyczny stan, szczególnie gdy lubi się pieniądze. Ja stawałem z boku, dawałem im jakąś kwotę, mówiłem „graj” i obserwowałem. Widziałem, że jedni byli spontaniczni, drudzy kontrolowali się i nie wpadali w euforię bo krępowali się innych, ale później podskakiwali przy wygranej, następował okrzyk czy coś takiego. Jedni mieli rumieńce, inni bledli jak ściana lub mieli tiki nerwowe – oblizywanie kącików ust, poprawianie garderoby, słowa, których potem ci ludzie nie pamiętali… To nie była gra w karty w domu, tu działo się coś, na co nie miało się wpływu. Wrzucasz żeton, pociągasz wajchą i czekasz, wszystko rozgrywa się poza, patrzysz tylko jak obracają się bębny – to było piękne, leci śliwka, potem znów, a ja wyprzedzam trzeci bęben, mówię będzie śliwka, buch! Wchodzi trzecia, jest dzwonek, brzęk monet świdruje głowę, ludzie patrzą ile mi się sypie… Gdy kogoś przyprowadzałem, to rzadko przegrywał. Czasami wydawało mi się, że jest tam ukryta kamera, która wyłapuje nowe twarze, jeśli jesteś nowy – musisz łyknąć bakcyla. Gdy wracałeś po raz któryś, to już ich nie obchodziłeś, już byłeś ich człowiekiem.

Co działo się potem z tymi ludźmi? Różnych miałem na sumieniu, byłem kimś, kto wie jak grać. Mówiłem: choć, zobaczysz, będziesz zadowolony, jak wygrasz to wezmę 50%. Mówiłem na jakich automatach grać, jak szarpać – oczywiście to gówno dawało czy on tą rączką szarpnął, czy nie. Czasem wygrywali i byli wdzięczni, płacili. Wielu umawiało się na następny dzień grania, ale gro osób zaczęło chodzić na własną rękę, bo nie chcieli się już dzielić. Potem ich spotykałem, wymawiali się że nie mieli czasu, że inny rozkład zajęć itd. Część szybko zaczęła przegrywać, ci już narzekali, popożyczali już pieniądze, czasem zaczepiali mnie „ a po coś ty mnie tu kurwa przyprowadził, to przez ciebie, to twoja wina, wziąłem z książeczki , nie daruję ci tego”. Nie przyznawałem im racji, ale biłem się w piersi, to moja wina mówiłem, ponoszę część odpowiedzialności. Te osoby zwykle szybko popadały w długi… długi jak długi, ale najgorzej gdy zaczynali kraść. Byli też fartowni, ci stawiali koniaki, szampany, grali dalej i wygrywali. Wiemy, że są osoby, które mają w życiu fart, na które mówi się „w czepku urodzone”, ja do nich nie należę. Często wmawiałem sobie „jutro taki będę”, stałem się przesądny, wypatrywałem kominiarza, siódemek w rejestracjach, interpretowałem sny.... Narobił na mnie ptak, wdepnąłem w gówno, to były znaki, że będzie wygrana - z tymi dwiema rzeczami nigdy się nie sprawdziło, ale zawsze sprawdzał się kominiarz. Chodziło o znalezienie wymówki dla siebie samego gdy wracało się już stamtąd, usprawiedliwienia, że znów się przegrało.

Ile czasu minęło, zanim cię to przerosło? Zaczęło się do tego, że w Spodku przez pierwsze pół roku automaty w większości wygrywały, bo nastawili je na dawanie. Chodziło o to, by poszła fama że można łatwo wygrać, żeby zaczęli przychodzić ludzie. Lokal był pod kuratelą bezpieki, pracownicy byli emerytowanymi lub czynnymi funkcjonariuszami, a dochód szedł do MSW. Bębny w automatach kręciły się wolniej, w innym rytmie, technicznie źle działały. Za pieniądze techniczni ustawiali maszyny pod konkretne osoby, to była ich inicjatywa - najpierw je uszkadzano, a potem ustawiano pod pozorem naprawy. Obsługa, serwis, portierzy - nie mogli grać, ale za dolę każdemu radzili, na którym automacie zagrać. Ja skorzystałem z tego trzy razy, ale nie podejrzewałem, że coś jest ustawione. Po pół roku zacząłem przegrywać, straty były ogromne, już nikt nie chciał mi pożyczyć. Sprzedałem co mogłem, w kinie miałem bumelki, na targu długi. Nauczyłem się wyłudzać pieniądze. W spodku zaś system funkcjonował dalej na mniejszą skalę, dla konkretnych, zdolnych zapłacić osób. Dla nich obsługa ustawiała automaty już na poranek - tam zawsze była kolejka do wejścia, ale na jej czele stały te same osoby. Otwierali o 11, a automaty były robione o 10 rano. Widziałem człowieka, który wygrywał non-stop, on z technikami niby się nie znał, ale widywałem ich razem w knajpach. Ja zacząłem kraść - wcześniej kradłem dla szpanu, żeby mieć na papierosy, ale nigdy dla hazardu. Kradłem w pracy, na targu, okradłem nawet kogoś w salonie. Trafiłem wtedy na niezłą gotówkę, specjalnie z tym człowiekiem przegrałem w kręgle, żeby nie musiał płacić, żeby nie sięgał po portfel. Robiłem wszystko, żeby wejść za kraty. Wygrywałem drobne kwoty, sprawiały mi radość przez godzinę, ale wiedziałem, że w bilansie ogólnym i tak już się nie odegram, to były kropelki w morzu.

A nie myślałeś po co w ogóle grasz? Tak, ludzie pytali o to, ale do mnie nie docierało, nie umiałem tego ugryźć po co chodzę – chodzę, bo jest to przyjemność. Ale gdy słyszałem – jaka przyjemność, gdy potem kopiesz w ściany, gryziesz dłoń, prosisz Boga by odebrał ci prawą rękę? Gdy mogłem wyjść z kasyna bo miałem odpowiednią kwotę, odzywała się we mnie jakaś komórka – Zbyszek , a na co ci te pieniądze? Po cholerę ja mam wyjść, przecież jutro wrócę i wszystko przegram? Byłem zaślepiony. Gdy byłem w środku, nie przeszło mi przez głowę – pooddawaj długi. Potem, gdy przegrałem, mówiłem: ty cholero, czemuś nie wyszedł, nie oddał - kwota była fajna, nie byłbyś do przodu, ale na czysto! Potem refleksje: po co idziesz, skoro wygrywasz i nie wychodzisz? Idę żeby pograć, idę bo świat mnie mierzi, jest szary a ja go mam w dupie, bo żyję z dnia na dzień, dziewczyna spisała już na straty, wszyscy mówili przegrany, przegrany… Więc jeśli nie potrzebuję wygranej, to musze spędzać tam czas po 10, po 12 godzin. Nie powiem, zdarzało się że było coś pilnego, to wychodziłem.

Jak trafiłeś do więzienia? Był facet, który też handlował spodniami i szukał wspólnika. Zaprzyjaźniliśmy się, nie chodziliśmy do kasyna bo się bał, wolał przepić niż iść choćby pooglądać. Wpadł na pomysł, żeby podrabiać książeczki PKO, a miał talent i znał techniki. Byłem zbyt głodny pieniędzy by odmówić, a wiedziałem jak jest w komunistycznym więzieniu - jeździłem po zakładach z kinem objazdowym. Zaczęliśmy, chodziliśmy po bankach przez miesiąc, potem milicja dziwiła się, że tak długo. Pewno trwało by jeszcze dłużej, gdyby wspólnik nie poprosił mnie o pomoc odzyskaniu pieniędzy od człowieka, który go oszukał. Nie będę już się rozdrabniał, ale sprawa zakończyła się 6 letnim wyrokiem. Liczyłem, że więzienie pomoże mi odizolować się od hazardu – myliłem się. Żeby tam przetrwać grałem we wszystko w co tylko się dało – zakładałem się ze współwięźniami o papierosy, na której lampie usiądzie mucha. Dzięki temu udało mi się zdobyć tam jakąś pozycję, co było osiągnięciem z uwagi na to, że nie byłem grypsującym.

Czy pomogło ci to jakoś na wolności? Ta pozycja okaleczyła mnie na całe życie, b wykorzystał to nadzór. Ówczesna administracja współpracowała ze służbami bezpieczeństwa. Ale sposób w jaki zostałem współpracownikiem SB w latach więziennych, chciałbym opisać w swojej książce. Odpowiadały za to nie istniejące dziś struktury, jak np. dział ochrony w więzieniu, którego faktycznym zadaniem było wyłapywanie inteligentnych więźniów i wykorzystywanie do celów władz…

Co było dalej? Po wyjściu zorganizowałem sobie hazard na ulicy, wynająłem 3 ludzi i kręciło się – więzieniu pustoszyłem zapasy innych więźniów, jeśli udawało się w rygorze i cwaniactwie, to tym bardziej na wolności. Graliśmy w karty, kości, jedynym kto nie przegrywał byłem ja. Pieniądze z ulicy przeznaczałem na hazard. To już były sumy, za jakie byłem w stanie zaryzykować przestępstwo, stałem się podatny na kryminogenne propozycje. Okradałem banki biorąc fikcyjne kredyty, dziś już żaden bank nie da złotówki – jestem w bazach danych. Do więzienia wracałem jeszcze pięciokrotnie, za każdym z szansą skończenia z hazardem. Czasem udawało się, ale po wyjściu, jak tylko miałem pieniądze, to przegrywałem zanim doszedłem do domu. Z czasem zmienił się mój styl myślenia, najważniejsze były stawki, nie bałem się grać za te największe. Wcześniej potrafiłem wyznaczyć limit, potem już stawiałem na jedna kartę wszystko, co nielegalnie zdobyłem. Po przegranych były ciężkie momenty, mój kolega hazardzista odebrał sobie życie, mnie też zaczęły dręczyć takie myśli. On nie wytrzymał presji samego siebie, głos mówił mu: „powieś się, powieś, bo ludzie cię zniszczą, wszędzie masz długi”. Straciłem wiele robót - co najmniej 35, miałem nawet firmę czyszczącą dywany, wszystko trafił szlag. Jak widzisz nie mogę powiedzieć, że los się do mnie nie uśmiechnął, że nie dostałem szansy. Dostałem, ale wszystkie szanse przegrałem.

Czy uważasz, że jako człowiek odpowiadasz w pełni za swoje czyny? Mógłbym teraz powtórzyć za kimś: nie ufaj hazardziście. On może nauczyć się cwaniactwa, łgarstwa, przewrotności, bo to cechy niezbędne do wyłudzeń, a wszyscy z mojego otoczenia wiedzą, jak potrafię wyłudzać. Potrafiłem oszukać nawet własnego pastora, mam z tego powodu dyskomfort po dziś dzień…. Jestem świńsko przebiegły, potrafię wymyślić wszystko dla gotówki, bo gra jest dla mnie lekarstwem. Zrobiłbym wszystko - oprócz morderstwa, ale mimo mojej natury, nie wiem czy bym się nie podjął za naprawdę wysoką kwotę. Gdybym odpowiedział teraz tak, lub nie, to okłamałbym… Hazardzista z marginesu, jak ja, nie jest osobą godną zaufania. Nie obrażę się, gdy ktoś powie mi: ty jesteś kłamcą, złodziejem, bandytą.

A wiesz kim jesteś? Na dzień dzisiejszy jestem chorym człowiekiem. Parę tygodni temu byłem w poradni, kobieta powiedziała : nie pana tu miejsce, pan jest zdrowy, chce pan porad? Środków uspokajających? Ja do niej: nie wiesz co mówisz kobieto, ja jestem zdrowy? Po 17 latach więzienia? Czasem sobą gardzę, mówię: jesteś jeden wielki prymityw. Z takim nałogiem, życiorysem - dokonałem pierwszej kradzieży w wieku 7 lat - nie mogę być zdrowy, mogę być co najwyżej czasem myślący. A momentami jest we mnie robot, działam jak maszyna, moje zachowanie jest irracjonalne. Dowodem na moją chorobę są pobyty w szpitalu psychiatrycznym. Ścierają się we mnie dwie osobowości - jeden Zbyszek, który czasem coś kontroluje, i drugi, który nie kontroluje nic. Jestem drzewem, na którym rośnie owoc i trucizna. Potrafię być opiekuńczy, potrafię kochać, na drugi dzień jestem wyczerpany życiem, potrafię być bandytą. Codziennie dokonuję wyboru, gdy rozmawiam z pastorem wstydzę się swoich grzechów, ale następnego dnia nie mam z nim kontaktu i jestem nie kontrolującym się szaleńcem. Kiedyś obwiniałem za to kim jestem wszystkich wokół, teraz potrafię skupić winę na sobie i przelać ją na papier w postaci mojej książki – po to, by odwieść kogoś od automatu, bo to jedyne co mogę zrobić.

Wróćmy jeszcze do przeszłości… W pewnym momencie powiedziałem - jak dziś przegrasz, to lina. Nie śmierć jest straszna, tylko czekanie na nią. Ten moment nastąpił, przegrałem „pożyczone” pieniądze. Chciałem to zrobić szybko, uderzyć samochodem w tramwaj, puściłem kierownicę, złożyłem ręce … Samochód odbił się od wysokiego krawężnika i zatrzymał się - odechciało mi się na moment. Ale w domu wziąłem tabletki, zastrzyki, obciąłem sobie włosy– trafiłem do szpitala psychiatrycznego. To był pierwszy pobyt, po wyjściu, jakiś czas później znowu znalazłem się między młotem, a kowadłem. Tym razem podpalę się w salonie - mówię, wszedłem tam by zabrać cząstkę hazardu ze sobą. Oblałem benzyną siebie, ściany, komputer przy którym kasjerka posikała się ze strachu. Zrobiłbym to, gdyby nie człowiek, który był zaraz po wyjściu z więzienia i miał przy sobie broń gazową. Strzelił mi z pół metra w twarz, bo zniszczyłem mu paliwem kurtkę. Znowu trafiłem do szpitala, potem na terapię – już miało być dobrze, już miałem nie grać – gdzie tam! Dzień po wyjściu już grałem, mimo że czułem się silny duchowo, fizycznie.Ty robaku! - mówię, zgnieść siebie samego pasożycie, po co ty żyjesz, jaki rodzaj samobójstwa teraz wybierzesz? Co chcesz jeszcze udowodnić? Pomyślałem: ani pracy, ani dziecka, rodziny, takie myślenie, taka słabość w człowieku, nic sobie nie umiem postanowić, to kim żesz ty jesteś? Nie nadajesz się na życie, nic z ciebie nie będzie, możesz opisać tylko swoje życie w książce i odejść, żeby tylko to po tobie pozostało, żeby kogoś innego odwlokło od gry! Nawet gdy w szpitalu zasadziłem drzewko to zwiędło. Nie jest mi dane sadzić drzew, ale jest dane żyć. A myśli samobójcze towarzyszą mi stale, nawet teraz, gdy tu z tobą siedzę.

Myślisz że Bóg Cię kocha? On przychodzi do takich ludzi jak ja, okaleczonych, chorych, ale ja mu uciekam. Tak, kocha mnie, ale nie kocha tego co robię.

Rozmawiał: Marcin Kowalski
Ilustracja: Jan Kallwejt www.kallwejt.com


 

Sortuj rosnąco | Sortujuj malejąco


Imię, Nazwisko, Ksywa :e-mail:www:
Komentarz:
Treść z obrazka:

Wpisz tekst z obrazka

Wyślij
 © 1998 - 2006 BędzinBeat