 |
Raport mniejszości.
Prolog, The Trip.
Piątkowy wieczór, styczeń 2003, Zabrze – Gliwice - Chorzów.
Wysiadając z samochodu, przed wejściem na salę spodziewałem się raczej szpaleru wymiotujących, niż jednej, rytmicznie zaciskającej szczęki, spoconej 18-latki – jak się później okazało solenizantki. Mój kierowca, a zarazem przewodnik nocnej eskapady - powiem tylko tyle, że ma 17 lat – przed wyjściem z samochodu przygotował sobie 8 woreczków amfetaminy, uszczuplając tym swój 30-gramowy, podzielony na 50 „1-gramowych” porcji zapas. Dziewczyna z radością sfinalizowała transakcję kwotą 320 zł, śmiała się, że to dopiero wpół do dziesiątej a już zabrakło towaru. Spytała czy nie wejdziemy do środka, napijemy się czegoś, zapalimy, może wciągniemy, generalnie będzie fajnie…, skorzystaliśmy z zaproszenia z zastrzeżeniem, że niedługo musimy spadać. Impreza jest przednia, pod ciosami disco-sieczki podryguje ok. 50 osób, drugie tyle z objawami naspidowania krąży po sali z wódką, świeżo nabitą lufą, czasem skrętem. Kible, tradycyjnie na 18-stkach – zajęte, kilku chłopaków śmieje się, że Jacek chyba nie stuknie Oli po półtorej piguły. Przytłaczająca większość, jeśli nie wszyscy obecni na imprezie, zaprawiona jest jakąś chemią, pomyślałem tylko że gdy ja chadzałem na 18-stki – mam 22 lata – większość ludzi wolała raczej chlać, rzadziej palić jointy, nie sadziłem, że poza klubami i dyskotekami w ciągu tych paru lat chemia trafiła pod strzechy na taką skalę. Po 15 minutach żegnamy się, bo zadzwonił klient – szybki przerzut do sąsiedniego miasta, klasyczne bokowisko nocą, pod klatką czeka na nas drżący z zimna skate a pozostałych czterech stoi pod przeciwnym blokiem spoglądając w naszą stronę. W porównaniu z poprzednim zakupem jest cienko – chodzi o dwa worki palenia, mój przewodnik mówi że ma ostatnie i to z własnego zapasu, że poniżej 35 mu się nie opłaca a inni też by pewno wzięli – zwłaszcza że jest susza. Kupujący biegnie z powrotem do kolegów, naradzają się, przez odsuniętą szybę słychać że klną pod nosem, jakby od niechcenia wyjmują portfele. Chłopak wraca, kupuje, jest wyraźnie rozczarowany ilością towaru. Mimo wszystko bierze i wraca do ekipy, znikają gdzieś pomiędzy blokami. Mój przewodnik jest zadowolony, że w końcu pozbył się tego słabego stafu jeszcze przy tym zarabiając, mówi że teraz jeszcze gdzieś jedziemy a potem on spada już do laski. Parkujemy nieopodal dużej dyskoteki, wokół kręci się wiele osób, widzę jak przepakowani ochroniarze wyprowadzają na zewnątrz nawalonego w trupa delikwenta, czekamy w samochodzie. Niespodziewanie przez tylne drzwi do samochodu wsiada jakiś uśmiechnięty facet – okazuje się że to kolega z klasy dilera, sprawia wrażenie już nieźle nakręconego, ma łysą pałę i na oko jakieś 110 kg wagi, z czego większość stanowi zgromadzona mięśniach od walenia sterydów woda. Żeby zamaskować rozstępy na skórze prawdopodobnie chodzi na solarium, jego twarz kojarzy mi się z gadająca grzanką z „Ulicy Sezamowej”. Jak twierdzi, bierze tylko dla siebie na dziś i trochę na zapas – 3 worki speeda, pyta czy może wciągnąć w samochodzie, kierowca zgadza się. Chłopak wyciąga z kieszeni cały sprzęt, obudowie z zapalniczki benzynowej ma małe lustereczko a nawet chromowaną rurkę, chyba z anteny samochodowej, przygotowuje dwie równe ścieżki z zawartości całego worka, po czym wciąga po jednej do każdej dziurki. Myślę sobie że trochę dużo, ale gość jest średnio wzruszony, co więcej – wygląda na spokojniejszego niż przed chwilą, pociąga lekko nosem, powoli chowa ekwipunek, rozmawia z nami o czymś, żegna się, wychodzi. Dzielę się swoimi spostrzeżeniami z kierowcą, ten śmiejąc się odpowiada, że gość po wciągnięciu ma w zwyczaju uciąć sobie drzemkę, nakręca się dopiero po przebudzeniu, zwykle idzie wtedy poćwiczyć – dziennie wchłania przynajmniej 1 grama, podobno kiedyś na imprezie wciągnął prawie 3 i pół a do tego piguła, palenie, wódka... cztery lata już tak jedzie.
W gąszczu ostrzeżeń
Żadną rewelacją nie jest stwierdzenie, że na Śląsku, podobnie zresztą jak w całej Polsce, łatwo kupić narkotyki - wiedzą o tym chyba wszyscy, na czele z nauczycielami, policją, dziennikarzami i politykami. Bezpowrotnie minęły już lata chwały terpentyny, butaprenu i rozpuszczalników, dziś na osiedlowych podwórkach i w dyskotekach z powodzeniem króluje wyżerająca (dosłownie) mózg polska amfa z domieszkami, których nazwy przyprawiły by o zawał niejednego farmaceutę, a młodzież licealna i studenci z upodobaniem pali ganję z „trzeciego zamiatania” lub zaprawiany eterem haszysz od którego po godzinie pęka głowa. Mekka ćpunów z Południa, obrosły już legendą ogólnopolską Katowicki dworzec, epatuje coraz młodszą menażerią szczelnie wypełniającą jego zapuszczone „salony”. Cały ciężar dystrybucji przejęły dyskoteki, gdzie rozprowadza się najwięcej najpopularniejszych dragów z przytłaczającą przewagą amfetaminy i coraz bardziej zanieczyszczonych ekstaz. Na przekór oficjalnej propagandzie trudno znaleźć dilera w szkole, sporadycznie łapani są posiadający drobne ilości, najczęściej marihuany, uczniowie. Dilerzy są zbyt mądrzy by tam handlować, w tej kwestii prześcigają intelektualnie swych państwowych adwersarzy o całe eony. Najczęściej handlują wśród znajomych na niekończących się połaciach śląskich osiedli, gdzie wraz z naspidowanymi kumplami czają się po zasikanych klatkach, a wieczorami ruszają tłumnie do dyskotek i pubów osiągając apogeum swej migracji w weekendy. Młodzież sięga po narkotyki coraz wcześniej i częściej, dziś już nikogo nie dziwi naspidowany 14-latek, który jeszcze kilka lat temu byłby istną fantasmagorią, kalibru pstrągów w Rawie. Nawciągani maturzyści to przy takim towarzystwie niemal kombatanci.
Proporcjonalnie do zaprawionej niskiej jakości towarem młodzieży, rozrasta się ku chwale dysydentów aparat wykonawczy tzw profilaktyki, obejmującej swym zasięgiem grupy największego ryzyka tzn, gimnazjalistów, licealistów oraz – prawdziwy motor popytu – studentów. O ile w przypadku tych ostatnich działania zapobiegawcze ograniczyć mogą się jedynie do odcięcia źródeł zaopatrzenia, o tyle w dwóch pierwszych grupach przemyślana profilaktyka jest w stanie, jeśli nie zniechęcić, to odpowiednio uwarunkować młodzież w podejściu do tematu narkotyków. Niestety zdrowotno – prewencyjna retoryka trafia w próżnię, bowiem jest dla wychowanych na grach tv nastolatków tworem niemal obcym kulturowo, częstokroć podpartym klasycznym dla rodzimego szkolnictwa autorytarnym banałem cementującym w młodzieży pejoratywne pojmowanie jakiejkolwiek, nawet najbardziej konstruktywnej perswazji.
Szkoła życia.
W moim byłym ogólniaku – a uczęszczałem tam stosunkowo niedawno - kwestia profilaktyki była prosta jak drut. Gdy pomimo ostrzeżeń rówieśników, przytłoczony problemami dojrzewania uczeń szukał ich ukojenia u psycholog szkolnej, a nie daj Boże sprawa zawierała wątek narkotyczny, natychmiast dowiadywała się o tym dyrekcja. W niemal bogoojczyźnianym poczuciu obowiązku uruchamiano machinę, w którą angażowano rodziców, wychowawcę, całą klasę, tworzono zachęty dla donosicieli, organizowano konfrontacje, nagonki, czasem informowano policję. Z wrażliwością ubecji, akcją kierowały baby w wieku przed, lub tuż poemerytalnym nie odróżniające amfetaminy od kwasku cytrynowego.
Szczerze mówiąc trudno im się dziwić, gdyż od materiałów informacyjnych dla rodziców i nauczycieli wieje chłodem wyrafinowanego absurdu, pośród przeglądanych przeze mnie niedawno publikacji, znalazłem np. napisaną przez policjanta – a więc z racji funkcji osobę postrzeganą jako wzorzec kompetencji – książeczkę, z której dowiedziałem się iż branie amfetaminy grozi wymiotami, a zażyciu LSD towarzyszą, cokolwiek autor miał na myśli, „złudzenia seksualne”. Książeczka roztaczała wizje zagrożenia ze strony tak egzotycznych środków rodem z samego Hollywoodu jak olejek haszyszowy, crack, meskalina, azjatycka i meksykańska heroina oraz – stosowany w Polsce jako ekwiwalent heroiny w leczeniu narkomanów – metadon.
Przypisywanie takim publikacjom wartości dydaktycznych nie napawa optymizmem, zwłaszcza w obliczu zagrożenia Śląska plagą nieporównywalnie niebezpieczniejszą niż dyskotekowe „nakrętki” – dobrym i tanim brown sugar, przerażająco szybko uzależniającą heroiną do palenia. Niepokoi kryjąca się za językiem pomocnych książeczek retoryka, stawiająca znak równości pomiędzy osobami zażywającymi heroinę a np. palącymi jointy – wtórująca tym samym językowi nietolerancji i zacofanemu dualizmowi w pojmowaniu wymagającego jak najszerszego i otwartego podejścia zagadnienia. Takie stawianie sprawy sprzyja klimatowi represji, ostracyzmu i niezrozumienia sedna sprawy, który to stan rzeczy uwidacznia tylko powszechną w polskim szkolnictwie impotencję decyzyjną w sprawach wychowawczo zasadniczych, jak choćby rzetelnej edukacji seksualnej na poziomie nauczania początkowego, czy właśnie profilaktyki antynarkotykowej.
Brakuje im ping – ponga.
Mieszkam na dużym osiedlu w środku robotniczego Śląska. Wielu z moich rówieśników, dawnych kolegów czy incydentalnych znajomych, którym nie było dane przystąpić do matury, czy studiować, obecnie ćpa z różnym stażem. Jest wśród nich np. 21 – letni osobnik, który w wyniku wyniszczenia organizmu amfetaminą doznał wylewu krwi do mózgu, cudem udało mu się wyjść z życiem, na pamiątkę zostały mu szyjne węzły chłonne wielkości pestek z brzoskwini, zaburzenia koordynacji ruchowej i kłopoty z mową - nie przeszkodziło mu to jednak niedługo po wyjściu ze szpitala powrócić do walenia w kanał. Dla zwiększenia zysku dilerzy nie wahają się dodawać do amfetaminy czegokolwiek co jest białe i sypkie, cóż zresztą mają robić skoro sami ćpają przepuszczając tym samym sporą część swoich zysków. Dla większości młodych ludzi jeszcze, albo już nie ma pracy, nieliczni łapią się za najróżniejszej maści fuchy za które nie zawsze otrzymują zapłatę. Pozostali albo siedzą w domu, albo – jeżeli nie ćpają – to piją na potęgę. Oczywiście – nie mówię tu o ludziach, którzy pokończyli dobre ogólniaki, pozdawali matury, poszli na studia bo ich rodziców było na nie stać – nie mówię o sobie, mówię o całej reszcie, o przytłaczającej większości. Problem narkotyków to nie szwadrony dilerów, będących jedynie objawem choroby, ale część ogólniejszych zjawisk korupcji, chamienia, głupoty, znieczulicy a przede wszystkim bezrobocia i biedy dotykającej warstwy dotychczas zabezpieczone życiowo, stanowiące podstawowy segment polskiego wariantu klasy średniej. Wyobraźmy sobie zatem teraz co nastąpi, gdy zostanie zamkniętych kolejnych kilkanaście kopalń. Nie pomogą instalowane na osiedlach stoły ping – pongowe, najczęściej pełniące funkcję jabolowych barów.
Sedno
Prawdą jest, że początki poważnych nałogów mają miejsce w szkole, rodzinie, w Polsce są to jednak sfery wciąż nienaruszalne, najbardziej podatne na slogany typu „Polak-katolik”, „Matka-Polka, sfery ciągłych starć ideologicznych gdzie wszelkie kontrowersje roztrząsane są w klimacie politycznej histerii i inkwizycyjnego wręcz zamroczenia. Pomijając już sprawy legalizacji eutanazji czy małżeństw homoseksualnych, nieprzypadkowo to właśnie w Holandii legalizacja narkotyków miękkich okazała się wykonalna – holenderskie dziecko w wieku 6 lat uczone jest do czego służy prezerwatywa, ten przykład najdobitniej wyznacza pułap zmian mentalnych, jakie musiały by zajść w Polsce, byśmy doczekali się w końcu merytorycznej polemiki. Pojawiające się coraz częściej w mediach próby rzetelnej argumentacji za legalizacją, z łoskotem rozbijają się o ścianę obojętności lub ironii ze strony administracji państwowej – katalizatora fatalnego klimatu politycznego wokół całej sprawy. Nietrudno tu posądzać o złą wolę, czy nawet korupcję, gdy przemilcza się chociażby argument sprzyjania obecnego ustawodawstwa, traktującego jako przestępcę posiadacza nawet najmniejszej ilości ganji, interesom zorganizowanych grup przestępczych dzierżących monopol w narkobiznesie. Trudno jednak oczekiwać dialogu w kraju, gdzie większość kompetentnych urzędników najchętniej przyspawała by się do stołków.
Obecnie trudno stwierdzić, czy legalizacja istotnie stała by się panaceum na szereg zarówno legislacyjnych jak i światopoglądowych patologii związanych w Polsce z tematem narkotyków – w obliczu rzeczywistości jakiekolwiek kompromisy są raczej nieosiągalne. Świadomość tego faktu nie usprawiedliwia jednak obojętności państwa wobec własnej nieudolności w walce z narkomanią, rekompensowanej rozdętą nagonką na detalicznych, indywidualnych nabywców. Wysiłki Machiny powinny być raczej ukierunkowane na zupełnie inne pola.
Marcin Kowalski
Ilustracja: cylinder aus werke.pl
|