infookładkiartykułylinkikontaktnewsletter :  
  Powrót do listy artykułów

SŁAWA PUNKEZJI 2

K O N S T A N T Y  U S E N K O
text

Chiński pilot i oligarcha – metalowiec

Szybki przejazd przez wielki, industrialny Niżny Nowgorod, stolicę samochodów GAZ i opuszczamy nadwołżańską strefę. Znowu Moskwa i już siedzimy przed telewizorem w mieszkaniu Andrieja, naszego anioła stróża.
Mamy zabukowany jeszcze jeden koncert w Moskwie w klubie Kitajski Liotczik Dzao Da (Chiński Pilot Dzao Da), położonym w centrum, w dzielnicy Kitaj Gorod, starym moskiewskim China Town. To jeden z bardziej znanych i najstarszych klubów alternatywnych w Moskwie. W dodatku zrobiony jest w ortodoksyjnym stylu aero. W środku wmurowane w ścianę panele sterownicze ze starych samolotów, a w centralnym punkcie ściany... komiks przedstawiający biografię chińskiego pilota Dzao Da i jego czarno białe zdjęcie w ramce. Bo chiński pilot, okazuje się, był postacią jak najbardziej autentyczną!
Na koncercie jest o wiele większy żywioł niż na poprzednim moskiewskim, zresztą przyjeżdżają też ludzie z Żukowskiego i załoga jest mniej przypadkowa, choć jest bardzo kameralnie. Dźwięk w klubie jest ultra profesjonalny. Co poniektórzy krzyczą już nazwy kawałków, które chcieliby usłyszeć, znają je z myspace albo zakupionych poprzednim razem płyt.
      
  
         
Po koncercie ostatnia impreza pod pomnikiem Gagarina z moskiewskimi przyjaciółmi i dla odmiany jedziemy w gości na noc do Maksa z Robotów i Niny. W mieszkaniu pełnym robotów różnych rozmiarów i z różnych czasów przegrywamy sobie kolekcję starych radzieckich filmów science fiction i początki video artu w Rosji. Oprócz tego projekt 360 DX, czyli paru programistów zaprogramowało komputer, który śpiewa syntetycznymi zgłoskami po rosyjsku stare przeboje radzieckiego rocka przearanżowane w MIDI. I ostatni moskiewski ultrahit – zespół Krowostok – psychodeliczny krwiożerczy koncertualny thriller rap, pełne czarnego humoru gawędy w stylu The Streets, ale dziejące się w Moskwie - mieście opisanym niczym z filmu Tarantino. U Maksa w pokoju stoi też wielka kolekcja ogromnych oprawionych w ramy posterów... death metalowych, z zespołami takimi jak Carcass, Paradise Lost i Morbid Angel. Podobno zostawił je mu jego znajomy, który teraz jest dość poważnym oligarchą naftowym, a przy tym wielkim fanem death metalu. W latach 90-tych sprowadzał na trasy koncertowe do Rosji największe gwiazdy tego gatunku i do tej pory pozostaje bardzo ważnym sponsorem... kościoła Szandora La Veya w Rosji. Ave Satan!

    
            

Biała noc pod Belgradem
Jadąc do Pitra mijamy wielką łunę ognia okazującą się być płonącym tirem. Muzyka Ministry z magnetofonu idealnie pasuje do tego widoku. Łuna z płonącego tira ustępuje później miejsca łunie zaczynających się juz powoli białych nocy. W Pitrze, okazuje się, też są spore korki, a wzdłuż wąskich uliczek w głębi centrum nie sposób zaparkować. Znajdujemy w końcu kawałek przestrzeni w starej dzielnicy Dostojewskiego i idziemy się rozeznać.
Wychodzimy na Newski Prospekt w kierunku noclegowni Dom Off – alternatywnego hostelu dla gości – klubowiczów, połączonej z afterparty chill out miejscem, pracownią artystyczną i second handem. Dziura budżetowa jednak nie pozwala nam na spędzenie tam nawet jednej nocy, więc jedziemy do naszej koleżanki Poliny, na drugą stronę Newy – Piotrogrodzką Stronę.
Atrakcje tego dnia zaczynają się po krótkiej sjeście. Najpierw wielki kolorowy meczet i jedzenie kartoszki (pure w wielkim ziemniaku z nadzieniem), potem krążownik Aurora i piwka, wreszcie spacer po piterskich klubowych zagłębiach. Różni nasi znajomi krążą tu całymi nocami, teraz z niektórymi z nich jesteśmy umówieni, ale mamy trudności z ich znalezieniem – okazuje się, że wpływ na to ma ich amok po zjedzeniu piguł, bardzo tu popularnych.
Już po dwunastej, ale cały czas jakby niewyraźny zachód słońca. Tłum ludzi na ulicach, muzyka ze stateczków na kanałach, dużo freaków i ludzi o nieszablonowym wyglądzie, najwięcej jak do tej pory w Rosji. Rolki, deski i rowery dziwnej konstrukcji. Kakofonia bitów z różnych klubów. 
    
                                                 

Zagłębie przy starym domu towarowym Gostinnyj Dwor – w arkadach obok siebie lokale – Fidel, Dacza i Belgrad. W tym ostatnim odbywają się punkowe koncerty i tam będziemy grać za parę dni jedną z trzech naszych imprez.
Spotykamy tam Żenię Słonia, ważnego lokalnego aktywistę scenowego, który prowadzi nas w dalszy obchód. Przy cerkwi Spas na Krowi mieści się następne zagłębie i nowo otwarty klub Piesocznica (Piaskownica) – hałdy piachu i plaża zrobiona na starym industrialnym podwórku.
Obok są jeszcze inne wesołe lokale – Mod i nowo otwarty Achtung Baby, jednak największe skupisko ludzi sterczy naokoło świecącego szyldu – “Produkty 24 h”. Stamtąd wynoszą alko- energizery, wódkę z red bullem w puszkach pod postacią napojów Jaguar i Red Devil. W Pitrze nocni długodystansowcy w wersji soft (bez syntetycznych dopalaczy) dzielą się ponoć właśnie na jaguarowców i red devilowców.

O 1.30 otwarcie mostów i albo trzeba zdążyć przedtem albo czekać i imprezować do 5 rano. DPS-owcy blokują, auta trąbią i zjeżdżają z mostu na wstecznym wyprzedzając... do tyłu!Obok, przy wiecznym ogniu na Marsowym Polu kłębi się tłumek z gitarami, około stu osób chóralnie drze gardła śpiewając rosyjskie hity, starze i nowsze.
        


Bukwojad i Wilczy Pająk
Ale zanim zagramy w Pitrze, czeka nas koncert w mieście Wyborg położonym jeszcze 100 km na północ, tuż przy fińskiej granicy. Naokoło leżą polodowcowe głazy, wszędzie rozlewiska i jeziora. W miasteczku napisy są już i po rosyjsku, i po fińsku. Nazwy knajp i hoteli - Kalevaala, Valhalla. Park miejski, w nim biała baszta o dziwnym kształcie położona na wyspie nazywającej się Wyspa Martwych. I jeszcze w parku festiwal rockowy, namiot z piwem i stoisko z płytami - dominuje słowiański neofolk, pogański metal, długie pióra i brody. Ale koncert mamy gdzie indziej, w klubie Kocziegarka (Kotłownia). Już samo logo mówi o klubie wszystko - mamy wrażenie, że jesteśmy w amerykańkim filmie z końca lat 80-tych w głębokim Teksasie. Na obdrapanych ścianach fotosy... Guns 'n'Roses, Whitesnake, Cinderelli, Def Leppard. Na telebimie leci z DVD koncert Motley Crue. W sali koncertowej siedzi ok. 50-letni akustyk cały w dżinsie z fryzurą blond na pudla i z przepaską na głowie! W zaistniasłych okolicznościach przedstawiamy się więc jako zespół Wilczy Pająk. ;). Na zewnątrz - picie wina i przejażdżki na motorach. Na motorze przyjechała Katrina - basistka zespołu Art Tester z Wyborga (obecnie mieszkają w Pitrze), który gra dziś tu z nami. Z Art Testerami się zaprzyjaźniamy, będą z nami grać jeszcze potem 2 koncerty. Gitarowe ostre indie, echa Soniców i Swansów plus wielka charyzma basistki Katriny. Następny koncert gramy z nimi w Pitrze w centrum przy Dworcu Moskiewskim, w klubie Cokol. To miejsce jest kontynuacją nieistniejącego już, legendarnego klubu Moloko, najważniejszą alternatywną koncertownią w mieście. Obok jest dużo ważnych punktów, takich jak Art Center Puszkinskaja 10 (opisywany przez mnie już w artukule "Fala znad Newy"), rock shopy i inne ważne miejsca petersburskiego undergroundu. Jest też otwarta 24 h wielka księgarnia Bukwojad (jest ich cała sieć, podobnie jak Empików). Wielki wybór pięknie wydanych książek, w środku jest też sala kinowa i darmowe projekcje nawet nocą. Jednak, na zewnątrz, przy samym wejściu niestety przypomina o sobie druga strona medalu północnej stolicy. Naziole i ich morderstwa. Właśnie pod Bukwojada w listopadzie 2005 po jednej z akcji “Food not bombs” w dzielnicy Dostojewskiego, przyszła załoga punkowo – hardcore’owa. Dwóch chłopaków zostało pod księgarnią popijając piwo i wtedy zza rogu wyleciała na nich nagle banda skinheadów, krzycząc “anti – antifa”. Timur Kaczarawa, grający na gitarze w zespole Sandinista 20-letni chłopak dostał serię uderzeń w nożem w szyję i zginął na miejscu, jego kolegę cudem odratowano w szpitalu. Od tamtej pory jeszcze wiele osób zginęło w Rosji z rąk nazioli, lecz dopiero po historii z Timurem antifa rozpoczęła swoją najaktywniejszą kampanię walki z “bonami” – bezpośrednią i medialną. Teraz trwa właśnie proces sadowy i walka o uznanie tego przypadku za zbrodnię faszystowską, a nie na tle chuligańskim. Timur, jego koledzy i koleżanki byli śledzeni przed napadem od samego “jedzenia zamiast bomb”, a wcześniej nieraz dostawali pogróżki telefoniczne i internetowe. Teraz na ścianie Timura pod Bukwojadem widnieje wysprejowany napis “Timur, nie zapomnimy Cię”, ale naokoło pojawiają się wciąż nowe swastyki. Nasi znajomi, tak jak non stop od dwóch lat, właśnie zapalają następne znicze i przyklejają do muru zdjęcia Timura, wiedząc o tym, że następnego dnia może ich tu już nie być...

                                    
           

Łada – Jezus i komary
Wycieczki do Muzeum Mutantów założonego przez Piotra I i na dzielnicę nadmorską z blokami na nóżkach i wrakami samochodów... Potem electro party o godzinie 18 w barze “Stirka”, ciasnym ale miłym miejscu, do którego przychodzą ludzie, by dopiero rozpocząć szaleńczy pochód po innych klubach. Albo uprać sobie coś – za barem stoi ściana wiecznie pracujących pralek, a “stirka” to nic innego jak pralnia. I grając na syntezatorze można poakompaniować sobie też na starym rozklekotanym pianinie. Potem zostajemy już tylko w jednym vanie, bo część naszych musi wcześniej wracać do Berlina. Zmieniamy miejsca noclegu co parę dni, najpierw u koleżanki Nastji – gry w karty , warcaby i szaleńcze przebierane tańce do rana na zmianę przy zamontowanym w kuchni “kołchoźniku” z lat 50-tych (jeden potencjometr i jedna stacja na falach długich) i I-podzie, z którego leci Blondie, The Cure, Stranglersi. I potem Nastja musi iść w stanie zombie do roboty na rano, a jest menadżerką we włoskiej restauracji.
Następny przystanek u znanej postaci piterskiej sceny, Szarapowa, który cały czas podróżuje, jak nie do Finlandii to do Australii i prawie nie ma go w mieście. Który wyglądem przypomina Mariana ze “Zmienników” i który ma totalną kolekcję winyli – zachodnich i rosyjskich, praktycznie niedostępnych białych kruków, takich jak na przykład albumy Janki, Grażdanskiej Obrony i Kino. Mieliśmy jechać jeszcze 500 km na północ do Pietrozawodska, do Karelii – dzikiej i pięknej krainy nad jeziorem Onega. Niestety, koncert został odwołany, ale musimy jeszcze trochę pobyczyć się nad jeziorami i popływać! Jedziemy więc nad pobliską Ładogę, trzecie co do wielkości jezioro w Rosji na całonocny piknik.
                                  
       
Horyzont, komary, miejscowe łebki wjeżdżające do jeziora Ładą, nazwaną przez nas Ładą Jezus. Łada Jezus może jeździć po wodzie, bo w Ładodze jest wody po kolana nawet jak się widzi już brzeg na horyzoncie. Ognisko, karty i wódka “Ładoga” to nasza ostatnia okazja na trasie, by się wyczillować w spokoju. Mamy świadomość, że za parę dni to wszystko będzie się już musiało skończyć... Jeszcze tylko ostatni koncert 19 Wiosen w Pitrze, na który sami przywieszamy dwa dni wcześniej zrobione na szybko w Photoshopie w mieszkaniu u znajomych z kapeli Art Tester i odbite na xero plakaty. Oklejamy klubowe zagłębia w centrum. Na koncercie jest dość kameralnie, ale klimat jest sprzyjający. Znajomi i znajomi znajomych wchodzą i wychodzą do innych klubów pod tymi samymi arkadami, potem znów przychodzą. “Polskoje party” z empetrójek w laptopie – disco, rock i nowa fala lat 80 –tych, zabawa na parkiecie. W sąsiedniej Daczy jednak ściany drżą trochę bardziej przy znanym wszystkim electro i starych hitach takich jak “Passenger” Iggy Popa. A tańczą wszyscy – od alternatywnej publiki do wydekoltowanych blond lasek na obcasach. Jeszcze reanimacja i cucenie piterskiej koleżanki, która przegięła tego wieczora z ekstazami i zalegnięcie jak popadło w zaparkowanym vanie na brzegu kanału – Fontanki w porze, gdy na mieście panuje już straszliwy korek i megafony trąbią: “zapraszamy na przejażdżkę po kanałach Sankt Petersburga”... 
                                              
                      




Ostatnia sonata księżycowa w Punkezji

Pskow, leżący już niedaleko granicy z Łotwą to nasz ostatni przystanek w drodze powrotnej. Koncert tam organizuje nam Roma z grupy Ankylym – jedynego w swoim rodzaju bandu grającego koncerty akustyczne na ulicy, w którego składzie są puzon, harmoszka, bałałajka i pionierski werbelek, na którym perkusista wygrywa grind core’owe łupanki, podczas kiedy inni członkowie zespołu robią fikołki i tarzają się po ziemi. Niestety tym razem jednak Ankylym nie gra. Jest już północ, w klubie nie ma nikogo, a sprzęt nagłaśniający ma dopiero dojechać! Ale wszyscy uspokajają nas, że to nic i że ludzie jeszcze przyjdą. Tak czy owak, myślimy sobie, zrobimy sobie sami dla siebie imprezę “na koniec turnusu”. Z festiwalu rockowego, który odbywa się dziś w miejscowości parę kilometrów dalej, rzeczywiście jednak zaczynają się około pierwszej zjeżdżać ludzie! I choć jest ich około 30-tu osób zaczynamy koncert 19-stki. Pogo i żywe reakcje na fragmenty tłumaczeń rzucanych ze sceny sprawiają wrażenie, że nie gramy tylko sami dla siebie. Powstaje spontanicznie na scenie nowy kawałek z tekstem Pryta “No past, no future, no human, no nature”. Potem finałowa “Zagłada” – a że jeden z psów, który był z nami na trasie nosi takie imię, w refrenie pojawia się też imię drugiego psa – Kłaku. W skrócie – włącza się nam głupawka. Dostajemy jedzenie w klubie w czasie, gdy trwa już koncert Procesora Plusa – zanosimy je na scenę i już po chwili Fagot wykonując swoje kawałki wcina kartoszkę przy mikrofonie. Inne mikrofony lądują pod sceną i cała ekipa chóralnie wykrzykuje teksty. Wtedy okazuje się, że mamy free bar do oporu. Pierwsza wódka rozlana na scenie, potem następne. Starszy pan pojawia się nagle i pyta, czy nie mógłby zagrać “Sonaty księżycowej” Beethovena na klawiszach Fagota. Do “Sonaty” dołącza przesterowany bas z klawiszami. Potem już kompletny freestyle –Pryt improwizuje po rosyjsku, a Dosiu, czyli Człowiek Z Kamerą jest frontmanem. Powstaje spontanicznie nowy zespół o nazwie Sława Pankezji! Bo, gdyby ktoś nie wiedział, wszyscy jesteśmy patriotami naszej Ojczyzny – Pankezji.
               
    
Okrzyki “Sława Pankezji!” brzmią i brzmią w nieskończoność... Nad ranem budzimy się, a z sali wciąż słychać muzykę i harmider. Na scenie stoi następna vodka, a na perkusji gra... ochroniarz z klubu!
                  Koncert zespołu “Sława Pankezji” wciąż trwa.

            foto: Henryk Prond

ps. tekst został opublikowany: LAMPA 9 (42) 2007

 © 1998 - 2006 BędzinBeat