|
SŁAWA PUNKEZJI 1
K O N S T A N T Y U S E N K O text
Mejle wysyłane już od stycznia, od kwietnia robota papierkowa z wizami i voucherami (zaproszeniami z lewych biur turystycznych). Kombinowanie vanów na drogę i przygotowywanie ich w autoserwisie do przejechania 10 tysięcy kilometrów. Jakie zespoły jadą, jakie nie jadą. I w końcu udało się!
 19 WIOSEN I PROCESOR PLUS z Łódeczki, wesoła automobilowa załoga punkowa z Berlina, 2 psy i Człowiek z Kamerą z Silesii. 11 osób jak Gagarin na podbój kosmosu wyrusza w Dzień Dziecka w wielką trasę, której kamieniami milowymi oprócz Moskwy i Piterka są koncerty wzdłuż linii rozlewisk wielkiej Wołgi...  Podmoskiewski Paryż - Dakar Po minięciu strefy U.E. wjeżdżamy do strefy gdzie diesel kosztuje w przeliczeniu 1,50 pln. Po nawet dosyć luźnej granicy zaczyna się 200 km drogi ochrzczonej przez nas jako “pomarszczona skóra słonia”, po której można jeździć góra 20 km na godzinę. Wkoło tylko las, kałuże benzyny wśród brzózek, co jakiś czas błękitno – żółte przystanki o dziwnych kształtach i nazwach (zazwyczaj jest to numer kilometra). Parę przystanków podziurawionych ołowiem niczym we wczesnych 90tych; pewno jakieś miejscowe chłopaki chciały się zabawić w strzelnicę. Około 150 km przed Moskwą zaczyna się rodeo samochodowe. Usmolone KAMAZy łącznie z lśniącymi Landroverami, a także maszyny średnich rozmiarów kombinują na prawo i lewo jak przebić się przez wielokilometrowy korek. Powstaje dużo alternatywnych pasów jezdni z pasów zieleni, poboczy i rowów, silniejszy i szybszy wygrywa. Karambole i TIRy w rowach z powywalanym towarem. Przed główną obwodnicą M.K.A.D. coraz więcej hipermarketów i monstrualnych billboardów okraszonych napisami takimi jak “Chicken Premium McDonalds”(napisane cyrylicą).
  Modny trash przy Łubiance Kluczymy już po metropolii w poszukiwaniu klubu “Żest” (co znaczy mniej więcej to co angielskie “trash”). Barwne kwiatowe wzorki na wzgórzach obok starych i nowych “wysotek”(czyli większych odpowiedników warszawskiego PKiN, tych starych i tych nowych aluminiowych z wieżyczkami i lądowiskami dla helikopterów). I dalej plakaty. W tym miesiącu grają tu m.in. George Michael, Sonic Youth, Air i Scissor Sisters. Wreszcie docieramy do “Żestu”, modnego na w pół-alternatywnego klubu mieszczącego się tak apropos obok Łubianki, w budynku należącym cały czas do FSB. Wysiadamy i spotykamy naszych znajomych. Pierwszy koncert jest trochę na pół gwizdka bo my zmordowani drogą i ciutkę nie dopisała frekwencja. Chociaż ci, co są na koncercie bawią się dość niekonwencjonalnie, np. puszczając naokoło sali ustawionego na skateboardzie mechanicznego kiwającego się osiołka. Potem, jak to w Moskwie, klubowicze łapią stopy które rozwożą ich po domach położonych w różnych sektorach 14-milionowego mrowiska.
   Ruchome ręce Gagarina i pomnik mózgu Jesteśmy w wielkim MDM-owskim domu z lat 50tych, w mieszkaniu u naszego przyjaciela Andrieja. Andriej ma 45 lat i duszę starego rock’n’rollowca. W jego w kuchni stoi gitara i wzmacniacz, na którym non stop ktoś gra rockowe riffy. W pokoju na dużym ekranie non stop lecą płyty DVD z koncertów Iggiego Popa, stare teledyski Davida Bowie. Klasyka starego rosyjskiego rocka i kultowe radzieckie komedie lat 70 z Jurijem Nikulinem, takie jak “Operacja Y” albo “Serdecznie witamy – obcym wstęp wzbroniony”. Andriej jest absolutnie złotym człowiekiem, wymienia na siłę wszystkim śpiwory na kołdry i poduszki, robi śniadania i obiadki, nie pozwala nawet potem pozmywać, aż głupio się nam robi. Czasami, w środku permanentnej imprezy mówi “teraz trochę ciszej, bo przychodzą do mnie zleceniodawcy”; na co dzień jest architektem i robi projekty. Tak samo architekturą zajmuje się Maks z electro zespołu ROBOTY, który parokrotnie przyjeżdżał do Polski na koncerty. Wokalista Robotów – Eldar z kolei zajmuje się sejsmologią i ma powiązania z instytutem kosmonautyki; ponoć kiedyś nawet został wytypowany do lotu kosmicznego, jednak odmówił. Wszyscy teraz właśnie imprezujemy w domu Andrieja. Okolice domu Andrieja to przede wszystkim monstrualny pomnik Gagarina. Nina, dziewczyna Maksa wkręca nas na żarty że niby o 12-tej każdej nocy ręce poruszają mu się w górę i w dół jakby leciał. Nawet bez takich bajerów robi masakryczne wrażenie. Obok jest Akademia Nauk zwieńczona konstrukcją, która jest niczym innym jak.. pomnikiem mózgu! Wygląda jak paryskie Centrum Pompidou. W plenerki chodzimy przez ulicę do Nieskucznego Sadu, który jest pagórkowatym lasem w samym centrum miasta, nad rzeką Moskwą. Jest w nim stara biblioteka z XVIII wieku i jeziorko – ulubione miejsce spotkań moskiewskiej subkultury “tolkienowców”, którzy przychodzą tu w nocy z pochodniami walczyć na miecze. Inne najbardziej widoczne dziś w Moskwie załogi to wypiercingowane dzieciaki z grzywkami w stylu emo i goci, którzy oblegają swoje kultowe miejsce, czyli rzecz jasna bułhakowskie Patriarsze Prudy! Ale właśnie z Nieskucznego Sadu rozpoczyna się trasa spacerowa, którą przejść można wzdłuż rzeki do samego Placu Czerwonego i cerkwi pomalowanych w stylu nazwanym przez nas “pop art”.         
  Fioletowy wielbłąd i rock pod patriotyczną wizualką Na imprezie urodzinowej Delfiny z naszej załogi, Nina daruje w prezencie wynalazek skonstruowany przez jej kolegę – aerozol ze sprężonym tlenem, które wdycha się w momentach osłabienia, na kaca lub przejarane gardło. Inny wynalazek dostępny na kaca w każdym kiosku to “Antipohmielin”. Ulotka reklamowa w środku opakowania twierdzi, że jest to najsłynniejszy nowy rosyjski produkt znany zagranicą i że “z upodobaniem stosują go gwiazdy Hollywoodu prowadzące burzliwe życie nocne”. Należy dodać że cała Moskwa łazi po ulicach z otwartymi browarami. Zaliczamy park kosmonautyki na starym radzieckim expo z lat 40tych W.D.N.H. Mieliśmy tam polecieć nawet balonem, ale po pierwsze wiał wiatr i było “zakryte”, a po drugie chłopaki przerazili się tekstu Pryta z pieśni “Piękno” – “Piękno kiedy pęka balon, na dół spada ciało z koszem...”
 
 
  Na trasie widzimy też całkiem nowy pomnik robiący wrażenie – przedstawia “grzechy, przed którymi trzeba strzec dzieci” – jest tam narkomania, handel dziećmi, alkoholizm, sadyzm, pedofilia, wojna i inne plagi a na tronie wśród nich siedzi królowa – obojętność. Stoi to przy starej fabryce czekolady, przy wejściu na jedną z bardziej rozrywkowych nocnych dzielnic Zamoskworieczje.
 Mamy też obowiązki – musimy się legalnie zarejestrować, by podstemplować nasze karty migracyjne. Eldar fikcyjnie melduje nas na swoje mieszkanie, a robimy to na poczcie. Non stop mylimy się w rubrykach (np. “kraj pochodzenia – Marcin Pryt”) i wymieniając druczki na wciąż nowe klniemy przy tym jak szewcy! Ale i tak jeszcze rok temu było to o wiele bardziej skomplikowane, czekało się po kilka dni, więc pod tym względem zmieniło się na lepsze. Ostatni dzień w stolicy kończymy na nocnym Arbacie. Już w przejściu podziemnym grają pierwsze zespoły z gitarami, piecami i perkusją. Długowłosy Ormianin napieprza metalowe solówki, obok tańczą pijani młodzi punkowcy. Dalej już na deptaku następny zespół – Sybiracy grający bluesa. Nocny Arbat tętni kakofonią dźwięków jak na rockowym festiwalu, jeżdżą rockersi na motorach. Ściana poświęcona Wiktorowi Cojowi z grupy KINO zamalowana jest na czarny kolor – podobno fani będą ją robić od nowa już bardziej “estetycznie”. Obok płytki w chodniku pomalowane w różne kolory z dedykacjami zakochanych. Można je sobie wykupić i wstawić w chodnik. Na jednej z nich pisze: “Z tobą moje życie jest jak fioletowy wielbłąd a 2 razy 2 jest więcej niż 4”. Przy końcu Arbatu wieżowce, na których wyświetlane są kolorowe wizualki. Największa z nich i najbardziej migocząca i orwellowska wygląda niczym z Matrixa. Błyszczą się na niej trzy kolory rosyjskiej flagi.


Punkowa strzelnica w mieście samolotów Następny koncertem ma być punkowy open air festiwal w podmoskiewskim miasteczku Żukowski, znanym z tego, że mieszkają tam konstruktorzy samolotów. Na drodze, jak wszędzie w Rosji, jest pełno posterunków drogówki, zwanych też postami DPS. Na jednym z nich stoi wielka atrapa DPSowca z którą robimy sesję zdjęciową. Nie wiedząc że przesłaniającym drogę TIRem stoi taki sam, prawdziwy milicjant. Dojeżdżamy do lasu i wjeżdżamy w ciemność. Z lasu słychać juz perkusję i sfuzzowane gitary. Dojeżdżamy na polanę do ruin starej strzelnicy, którą zajęła punkowa załoga na festiwal. Prąd z generatora, dużo kapel, 200 do 300 osób, średnia wieku – lat 21. Takiego pogo nikt z nas nie widział na własne oczy. Chłopaki i dziewczyny, dready, czapki na oczy, arafatki albo maseczki na twarzach – wszyscy wirują w tzw. młynie i pędzą w nim zdaje się 100 km/h jak ze starych filmów o Jarocinie. W chwili zwolnienia nagle robią synchroniczną “falę”. Inni skaczą sobie na plecy, na główkę, czyli hardcore’owy “mosh” i “slam”. Na dachu nad sceną też tłum ludzi, wygląda jakby się miał za chwilę zawalić. Z boku dystrybucja płyt, kaset i zinów, żarcie dla kapel i piwo. Grają lokalne zespoły Nogi Winnie Pucha, Fight For Fun i Ręce Na Kołdrę. Potem 19 Wiosen. W takim klimacie gra się po prostu cudownie! Ludzie kupują płyty, wymieniają się na swoje, dają adresy mailowe albo adresy w myspace. 100 % adrenaliny i kreatywności! Po koncercie zaczyna się techno party, kilkunastu chłopaków w samych gaciach tańczy wokoło stosu rzuconych jeden na drugi rowerów. My ewakuujemy się na pyszne wegańskie żarcie przyprawiona kaukaską pikantną pastą adżyka do drewnianego domku Denisa – organizatora. W trakcie imprezy okazuje się, że jego dziewczyna Liuba pochodzi z Kirgizji, więc rozmawiamy o muzyce z tamtych regionów. Po chwili Denis pokazuje nam... składanki wydane na winylu o nazwie “Punk z Tadżykistanu i Uzbekistanu”.
 
  MP3 i DVD – 24 h Mamy przed sobą prawie 1000 km na południe, do Wołgogradu, naszego następnego przystanku. Jeszcze w Moskwie kupujemy sobie karty czipowe rosyjskiej sieci BeeLine, by mieć lepszy kontakt kontakt z organizatorami i rosyjskimi znajomymi i też ze sobą w razie zgubienia się. Czipy pomalowane są w barwy osy, a kartę doładować można, okazuje się, w każdym małym spożywczaku (“produkty”) w każdej pipidówce. Wstukując swój albo czyjś numer i wkładając banknot do specjalnego elektronicznego automatu. Jedziemy 2 dni i pierwszej nocy rozbijamy namioty gdzieś w głębi środkowej Rosji, za Tambowem. Wzbudzamy zainteresowanie wśród narąbanych młodzieniaszków, którzy jeżdżą we trójkę na jednym motocyklu i robią wokół nas ciągłe okrążenia. Na szczęście dość szybko znikają z horyzontu. Obok znajdujemy otwartą 24 h podrzędną stację benzynową, na której można kupić też masę empetrójek. Kupujemy tam... całą dyskografię Sex Pistols i P.I.L! Następnego dnia kończą się lasy, zaczyna się step po horyzont. Na jednym z posterunków DPS milicjanci koniecznie chcą zrobić sobie fotkę z “muzykantami”. Żeby było śmieszniej nadają informację drogą radiową o nas nastepnym, stojącym 100 km dalej. Bo ci następni zatrzymując nas, krzyczą na wstępie: ”Dawajcie płytę i robimy zdjęcie!”. Dalej zaczynają się już ciągi budek z pierożkami, kaukaskie szaszłykownie, knajpy z orientalnym logo “Elbrus” albo “Dagestan”. Wokół nich zawieszone świecące się kolorowe rury albo migoczące dyskotekowe gwiazdki. Koło szaszłykowni włóczą się lub śpią w słońcu watachy dzikich psów. W każdej budce – mucholepy oblepione masakryczną ilością martwych much. No i dudniące basami pierdzące kolumny, z której leci częściej już nie rosyjska prowincjonalna “popsa” ani nawet nie “russkij kriminalnyj szanson”, ale szaleńcze rytmy z północnego Kaukazu. To nowa lezginka robiona na syntezatorach Casio i automatach perkusyjnych, brzmiąca jakby ktoś puścił taśmę na przyspieszonych obrotach. Piosenki albo kawałki instrumentalne z Dagestanu, Czeczenii, Inguszetii, Kabardyno Bałkarii...Rzucamy się i kupujemy parę takich kaset do samochodu – lezginka towarzyszy nam już do samego Wołgogradu. Tylko nagle...w jednym z vanów przestają działać hamulce! Czekamy więc po środku nocy na załogę z Wołgogradu, która przyjeżdża nam na ratunek 100 km z miasta, by nas przyholować na miejsce.
 Pustynia wdziera się do Stalingradu Jesteśmy w bloku u Paszy i Oli. Paląc szluga Sojuz Apollo na balkonie po raz pierwszy dostrzegamy Wołgę. Wydaje się nam ogromna, ale to pestka przy tym co zobaczymy w innych miastach. Za to Wołgograd jest jednym z najdłuższych miast położonych nad Wołgą, ciągnie się wzdłuż niej ok. 50 km. Pasza ma 36 lat i jest prawdziwym weteranem sceny niezależnej nie tylko w Wołgogradzie. Kiedy pierwszy raz spotkaliśmy się w Petersburgu pod koniec lat 90-tych, kiedy to prawie cała czołówka mainstreamowych kapel punkowych grała na tych samych koncertach co zespoły faszystowskie, jako jeden z pierwszych propagował w swoich zinach bojkot tych zespołów. Idea antify, dziś tak silna na scenie, raczkowała wtedy właśnie wśród kapel z Wołgogradu, których było prawdziwe multum. Tradycja Stalingradu w końcu zobowiązuje. Dziś Pasza wciąż wydaje zina i gra na basie w składzie JAGUAR I HURAGANY, w którym śpiewa jego dziewczyna, Ola. Zespół ten był wcześniej znany pod nazwą NATALIA PUTINA I RAKIETY, a gra przebojowe, jak sami nazywają, pornobilly – połączenie starego rock’n’rolla, punka i psycho plus czerwone lateksy i szydercze teksty o pożądaniu odczuwanym do supermana - prezydenta Federacji Rosyjskiej. (na bazie znanego hitu girlsbandu Viagra – “Chcę mieć chłopaka takiego jak Putin”). Pierwszy dzień mija nam na włóczęgach po autoserwisach. Pod jednym z nich napotykamy ekipę gitów bez koszulek pijących już od rana dwulitrowe piwo Wołżanin. Chcą od razu od nas płyty, jeden z nich od razu biegnie do pobliskiej drewnianej chatki by przegrać kopię na kompie dla swojej córki. Potem przychodzi jego 13 – letnia córka i jej koleżanki wyglądające jak wołgogradzkie J. Lo i Britneyki, by pstryknąć wspólną fotkę. W końcu samochód zostaje z hamulcem na trzech kołach i tak zostaje już do końca trasy. W Wołgogradzie trawa jeśli jest, jest to siano lub karłowate iglaki, a gdy zawieje wiatr, wydaje się że nadciąga burza piaskowa. Po drugiej stronie Wołgi zaczynają się już tereny pustynne i juz tylko 150 km do granicy z Kazachstanem.
   Pokój z gąbki w telefonie Koncert, a właściwie cały festiwal odbywa się w klubie Zasada, który leży w okolicy wielkiego socrealistycznego dworca kolejowego i ruskiej bani – sauny będącej przykrywką dla głównego wołgogradzkiego rewiru czerwonych świateł. Błękitno – białe wnętrze klubu i plastikowe stołki przypominają Hortex. Pod nasze samochody ustawione w podwórku natychmiast ściągają miejscowe załogi. Głównym tematem pod koncertami jest tu, czy przyjdą “bony”(skinheadzi – naziole) czy nie przyjdą. Tym razem obywa się bez ich wizyty. Rozochoceni skinheadzi – sharpowcy wykrzykują na całe gardło pod klubem “Mamajew Kurgan Antifa Hooligan!” Kurhan Mamaja to największy monument stalingradzkiej bitwy i symbol całego miasta. Coraz to ktoś nowy zagaja rozmowę. Jeden chłopak zaczyna śpiewać kawałki swojego zespołu POKÓJ Z GĄBKI, a potem wyjmuje telefon i puszcza na dużym wyświetlaczu mpg-a z oryginalna piosenką kapeli, nagraną w swojej sali prób. Na koncercie grają różne zespoły, jeden z nich gra covery Ministry. Potem Jaguar i Huragany – cała sala tańczy. Pod koniec gra Procesor i Dziewiętnastka – jest już godzina piąta rano! 
  Winda w mieczu Matki Ojczyzny Następny dzień z ciężką głową, ale trzeba się wykąpać i pozwiedzać. Nasz pierwszy raz w Wołdze to najpierw spacer wzdłuż rozwalonych blokowisk, gdzie każdy balkon jest zrobiony z innego surowca, rur ciepłowniczych nad ulicami, żarówiastych metalowych altanek (tzw. “biesiadki”), platanów podziabanych scyzorykami w tagi i rozwalonych placów zabaw, po których... małe dzieci jeżdżą na kucykach. Złomowisko przy wejściu na betonową plażę i wypalona trawa od szaszłykowych grilli. Sama Wołga robi wrażenie totalnej mocy i totalnego spokoju. Opalamy się na betonie i obserwujemy tratwę – samoróbkę zrobioną z palety i steropianów, na której płynie pięciu 10 – letnich chłopaczków. Babcie i dziadkowie pływają na nadmuchiwanych materacach, a ciuchy na zmianę trzymają ze sobą w reklamówkach. Wreszcie Mamajew Kurgan i legendarna stalingradzka Godzilla, która jest podobno na drugim miejscu wśród największych światowych pomników tuż po Jezusie z Rio De Janeiro. Jedzie się do niej podziemnym tramwajem, który spełnia w mieście funkcję metra. Żeby wejść na Kurhan Mamaja potrzeba ok. pół godziny, trzeba minąć wykute w piaskowcu postacie żołnierzy, przejść przez mauzoleum z wielką dłonią trzymającą róg z wiecznym ogniem. W otworze na górze juz widać wykrzywioną bólem i wściekłością twarz gigantycznej Matki Ojczyzny. Gdy jesteśmy już na górze, tuż obok niej, okazuje się że jesteśmy wielkości jej małego palca u nogi. We wnętrzu pomnika są 3 windy używane przez konserwatorów i do których mogą czasem wejść VIPy. – jedna największa jest w tułowiu, jedna mniejsza w ręce i najmniejsza – w mieczu. Na szczycie miecza pali się światełko dla samolotów. Z góry widać panoramę całego miasta: bloki, industrial, bloki, industrial. Ze starego Stalingradu pozostał tylko jeden budynek na wybrzeżu Wołgi – ruina poprzeszywana pociskami. Wieczorem Pasza robiąc z nami wywiad do swojego zina mówi nam co mu się najlepiej kojarzy z Polską: polski jazz(Komeda), polski punk (Dezerter, Siekiera), polskie science fiction (rzecz jasna Lem) i polski plakat z lat 60 i 70. Nagrywa nam też 10 płyt DVD z archiwalnymi nagraniami klasyki radzieckiego undergroundu lat 80. i nowymi ciekawostkami. Czyste płyty, które kupujemy wcześniej w kiosku są jedyne w swoim rodzaju, bo ozdabiają je “artystycznie” podrasowane zdjęcia gołych damskich biustów i tyłków. Największym hitem na nagraniach od Paszy jest znaleziony w internecie teledysk gitowsko – rapowy z głębokiej Rosji – “Bud pacanom! come on”. “Pacany” to ziomale, chłopaki z podwórka, ale ci ze slide show z teledysku są naprawdę klasyczni, rosyjscy i przekonujący!;)  Sroczka odjechała tureckim TIRem Trasa wzdłuż Wołgi na północ. Mamy jeden dzień w Saratowie – następnej milionowej aglomeracji, jednak nie gramy tam koncertu. Po drodze zaczynają się rootsowe rosyjskie wioski pełne drewnianych fantazyjnie rzeźbionych kolorowych domków z okiennicami, dzikich psów i kotów, babuszek w chusteczkach sprzedających przy drodze truskawki, jagody, ryby i kwas chlebowy. Na tej trasie jeździ dużo TIRów do Azji – tu jest wylotówka na Azerbejdżan, Turcję, Dagestan, Kazachstan. Rozmowa dwóch babuszek przekrzykujących się przez ulicę: “A gdzie nasza sroczka? – Chyba odleciała z tureckim TIRem”. Miasteczko Kamyszyn w stepie nad rozlewiskiem. W supermarkecie na dużym telebimie leci z DVD duży koncert zespołu BUTYRKA (to tak jakby jedna z polskich gwiazd nazywała się Białołęka). To jedne z największych gwiazd bardzo popularnego na prowincji i wśród kierowców TIRów “russkiego kryminalnego szansonu”. Następne chatki na kurzych nóżkach i juz potem – Saratow – miasto znanego konserwatorium, szkoły lotniczej gdzie uczył się Gagarin (wszędzie go pełno!) i miejsce gdzie spadła z kosmosu jego kapsuła. Czyli obowiązkowy punkt pobytu załogi aeropunkowej, chociaż nie mieliśmy tam zaplanowanego koncertu. Wołga w Saratowie już robi się naprawdę konkretna! A most przez nią ma długość 3 km. Po mieście oprowadza nas Sasza – hardcore’owiec, na codzień student prawa (“chcę zmieniać to wszystko od wewnątrz”), aktywny uczestnik saratowskiej antify. Jak we wszystkich duzych miastach wielkim problemem są “bony”, czyli naziole, mający tu mało skrywane poparcie w komisariatach milicji. Sasza i jego koledzy stawiają im czynny opór. Saratow to miasto zbudowane na wąwozach, w których widać ruiny starych drewnianych domów i pogorzelisk, na górze przebiegają wiadukty. Płonące drewniane domy to problem wszystkich nadwołżańskich miast. Na blokowiskach plątanina rur ciepłowniczych nad ulicą i wszędzie rosną jointy. Bliżej centrum zaczyna się secesja, podobna trochę do tej łódzkiej, ale w bardziej żarówiastych kolorkach. Z budynku konserwatorium słychać jak ktoś gra Prokofiewa na fortepianie.
 Cool młodzież w hołdzie weteranom II wojny Atrakcją w mieście jest dziś pchli targ z dużą ilością radzieckich gadżetów. Fagot znajduje tam “Borata”, czyli nakręcony plastikowy nos w okularach z lat 80, który na dodatek porusza wąsami i brwiami. Kompletna masakra, przy której nie sposób nie posikać się ze śmiechu, a co najśmieszniejsze był to kiedyś standardowy gadżet noworoczny w ZSRR, tak jak w USA trójkątne czapeczki i wysuwane jęzory. Fagot nabywa jeszcze wzorem japońskiego turysty radziecką wojskową czapeczkę “satelitarną” z daszkiem. Tego dnia oprócz bazaru mało jest otwartych rzeczy, bo jak się okazuje dziś jest jedno z nowych rosyjskich świąt narodowych – “Dzień niezależności Rosji”. Nikt nie rozumie o co w tym święcie chodzi, ale jest to ponoć święto niezależności Rosji od... ZSRR. Bo skoro inne byłe republiki porobiły sobie takie święta, to czemu Rosja nie miałaby mieć swojego. Tak naprawdę jedyne święto, które jest ważne dla absolutnie wszystkich to 9 maja, Dzień Pabiedy. W świetle ostatnich historii z Estonią i groźbą burzenia pomników żołnierzy radzieckich w Polsce specjaliści od PR-u w Rosji stanęli na głowie, by rozpropagować sprawę weteranów II Wojny. Jedną z takich akcji jest zawieszanie na samochodach brązowej wstążeczki w czarne paski – “zawieś ją sobie, jeśli ktoś z twoich dziadków zginął w walce z Hitlerem”. Na co drugim samochodzie wiszą te wstążki, najczęściej przywiązane do anten. Bilboardy wiszące w mieście pokazują wyglądającą jak z MTV modną młodzież (beckhamowskie irokeziki, i-pody w uszach) składającą kwiaty dziadkom w marynarkach z wpiętymi orderami. Napis pod spodem głosi “Gdyby nie wy i nie wasze bohaterstwo, nie moglibyśmy dziś być tym kim jesteśmy”. Jednocześnie z drugiej strony trzeba dodać, że większość weteranów dziś oprócz tego, że żyje na granicy socjalnego minimum to jeszcze całkiem niedawno straciła większość swoich ulg. Dziadkowie na wymarciu, a przyszłość w młodych, takich jak nastolatki z organizacji “Nasi”. Ale tak na serio to przyszłość też w takich ludziach jak Sasza, ludzie z antify i coraz prężnie rozwijającej się sceny niezależnej! Wizytę w Saratowie kończymy właśnie w Parku Pabiedy, pełnym starych czołgów, samolotów, wozów opancerzonych, ciężarówek i innych gadżetów. Tutaj stoi też legendarna kapsuła Gagarina, obok jest kazachski cmentarz muzułmański i etno – park z chatami różnych narodów Rosji – od drewnianych chat do jurt narodów syberyjskiej północy. Sasza i chłopaki z załogi jeszcze robią z nami wywiad do swojego zine’a, a zakres pytań mają bardzo rozpięty – od pytań o dzisiejszą sytuację w Polsce (Kaczory, Giertych, zakaz teorii Darwina i gejów Teletubisiów), o squatting w Berlinie i historię polskiego punk rocka... Gadamy, gadamy i gadamy, a tu trzeba jechać dalej.
 “Zostaliśmy złapani na czarodziejski haczyk...” W magnetofonie monumentalna gitarowa ściana z najnowszego albumu Grażdanskiej Oborony. Saratow – Samara, zmiana strefy czasowej i zegarki o godzinę wprzód. Godzina 4.30, wschód słońca. Wychodzimy z samochodu na siusiu, a naokoło nas nie ma absolutnie Nic! Masakryczne i romantyczne Nic. Ze wszystkich stron świata wyłącznie horyzont i krzywe słupy telegraficzne wyglądające jak z czytanek o Leninie, który przeprowadzał pierwszą elektryfikację wsi. Nagle na środku drogi pojawia się zjawa i macha na nas święcącą pałką. Samotny DPS- owiec w czapeczce mówi “dokumienty!” wykonując komiczną serię plaskaczy po swojej własnej facjacie. W ułamku sekundy po otwarciu okna samochodu zaczynamy robić to samo co on - bijemy się po mordach opędzając się od chmary komarów. Surrealizm sytuacji pogłębia dialog, który nawiązuje z nami milicjant– “Wy z Polski? W Polsce robią bardzo dobre gwizdki! Macie jakieś na zbyciu?”  Drewniane miasto walczy o przetrwanie “Samara – gorodok” to popularna przedwojenna radziecka piosenka. Czyli Samara – miasteczko. Bo chociaż jest następną ponad milionową metropolią, to można wyobrazić sobie że na wzór jej centrum wybudowano w Warszawie Osiedle Przyjaźń na Jelonkach... Nie mówiąc o tym, że charakterystyczna samarska czcionka, którą napisane są wszystkie nazwy ulic, przypomina pismo ze starych rosyjskich bajek, a wzdłuż zacienionych drzewami długich ulic stoją rzędy drewnianych domków wyglądających jak chatki na kurzych nóżkach. Anteny – samoróbki, wzorzyste bramy, babcie na krzesełkach, tabuny kotów. Sceneria czasami jak z dalekiego rosyjskiego odpowiednika westernu... po prostu eastern! W jednym z takich domków mieszka Jelina, pod której domem zatrzymujemy samochody. Jelina, choć teraz głównie zajęta swoją roczną córeczką Alisą, jest jedną z ważniejszych osób organizujących w Samarze koncerty, pokazy filmów i inne przedsięwzięcia D.I.Y. Przede wszystkim jednak działa wraz ze znajomymi w ruchach ekologicznych, które w Samarze mają do spełnienia bardzo ważną misję. Po drugiej stronie Wołgi rozciąga się jedyny w swoim rodzaju rezerwat przyrody “Samarskaja Ługa” (czyli kępa samarska), bogaty w unikatową florę i faunę. Jednak przez to, że do miasta trafia coraz więcej petrodolarów, zaczyna stawiać wieżowce i organizować szczyty (na ostatnim niedawno Merkel spotykała się z Putinem) pojawiły się plany budowy obwodnicy, która ma przebiegać przez środek rezerwatu... Sytuacja trochę jak z Doliną Rospudy, ale sto razy bardziej beznadziejna. Tak samo powoli degraduje się drewniane centrum. Dziewętnastowieczne chaty ,które aż się proszą o miejsce w rejestrze zabytków UNESCO, masowo płoną w pożarach (wszędzie widać pełno pogorzelisk i spopielonych domów), po prostu zawalają się albo są wyburzane pod następny nowy wieżowiec. Powstaje ich tu niezłe multum, a najbardziej reprezentacyjny to najwyższy podobno dworzec kolejowy w Europie ze strzelistą wieżą w kształcie rakiety – ważny punkt przesiadkowy na trasie kolei transsyberyjskiej.
 Lądujemy w końcu nie w chatynce, lecz w traszowym bloku przy zajezdni tramwajowej u Tolika i Wiki, organizatorów koncertu Dziewiętnastek w Samarze. W mieszkaniu joint, sporo ciężkiej i mrocznej muzyki, RPG i rosyjskie gry fantasy na kompie, szybkie sprawdzanie poczty. Tolik opowiada o klubie filmowym “Dywersja”, który organizowali w jednym z drewnianych domków i który to klub niedawno im zamknęły władze miasta, robiąc czystkę przed szczytem. Chociaż najbardziej dostało się przed szczytem “Innej Rosji” organizującej Marsze Niezgody (Tolik i reszta raczej dystansują się od nich, bo im jakoś nie po drodze ani z liberałami ani nacjonal - bolszewikami), to od razu za jednym zamachem przyskrzyniono młodzieżowe centrum alternatywne. Ale załoga nie poddaje się i cały czas szuka nowego miejsca, by kontynuować. Krótki spacerek, podczas którego m.in. oglądamy byłe więzienie z balustradami i spacerniakiem, teraz przerobiony na akademik, gdzie w byłych celach mieszkają studenci i na uczepionych schodów sznurkach suszy się pranie.
Dzisiaj mamy umówiony koncert nie w Samarze, a w oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów mieście – satelicie, powstałym w latach 50 – tych przy wielkim kombinacie samochodowym Łady. Nazywa się ono Togliatti, od nazwiska pewnego włoskiego komunisty, a przypomina jedną wielką stację benzynową. Wzdłuż głównej trasy rozrzucone są same autoserwisy i punkty z częściami do wszystkich możliwych rodzajów Ład. Klub Generator, w którym odbywa się koncert też przypomina z zewnątrz autoserwis. Ochroniarze wyglądający na sterydowców ze struktur nie robią jednak żadnych problemów. Widząc po plakatach, specjalnością klubu jest grind core i death metal. Niedawno grał tu nawet słynny polski zespół Behemoth! Pod klubem zbiera się ekipa bardzo młodych hard core’owców. Najmłodszy z nich, czternastolatek bardzo nas prosi, byśmy pomogli mu przedostać się do środka, ale niestety nie udaje się nam to – wejść mogą tylko pełnoletni, za okazaniem dokumentów. W sali z barem na ścianie wiszą oprawione w ramki foty zespołów, które tu grały – w większości metalowych. Białe twarze, czarne make – upy, krew lejąca się z oczu i kącików ust. Zaczyna się koncert, grają miejscowe kapele. Dominuje oczywiście hard core i rozpoczyna się szaleńczy “mosh”. Cała sala śpiewa z jedną z kapel covera Black Flag – “Rise above”. Przy koncercie 19 Wiosen rozpoczyna się szaleńcze pogo z młynem. Ale hard core’owa publika równie żywiołowo reaguje na elektronikę, co widać przy koncercie Procesora Plusa, który gra ostatni. Po imprezie szef klubu zaprasza nas na zaplecze, by nam pstryknąć fotę – osobno 19 Wiosen i osobno Procesora. Śmiejemy się na myśl o tym, że będziemy wisieli obramowani na ścianie, tuż obok krwiożerczych metalowców!
  Z baniakiem i gitarą na dnie Następny dzień mija pod znakiem Samary, w której mamy stanowczo za mało czasu na obejrzenie czegokolwiek. Tolik i Wika prowadzą nas po centrum wzdłuż drewnianych domków w stronę wybrzeża. Mijamy bardzo dziwne plakaty hip hopowe, przyozdobione dwugłowym orłem, czyli rosyjskim godłem. Tolik wyjaśnia, że to młodzieżówka “Nasi” zorganizowała festyn z okazji rosyjskiego święta narodowego, na którym atrakcjami były pojedynki MC i DJ –ów, konkursy break dance, skateboardingu i grafitti. Pyszny obiad w secesyjnej stołówce przy samarskim teatrze i pędzimy na wybrzeże do przystani, skąd mamy popłynąć na drugi brzeg Wołgi. W ten oto sposób trafiamy do najsłynniejszej lokalnej i nie tylko lokalnej rozlewni piwa Żyguliowskiego, zbudowanej ponad 100 lat temu. Żyguliowskoje jeszcze w czasach radzieckich było kultową marką i praktycznie jedyną dostępną. Teraz babcie stoją obok rozlewni i sprzedają pięciolitrowe baniaki, w które zaopatrują się amatorzy piwa czekający w kolejce. Bar przy rozlewni nosi nazwę “Na dnie”, wziętą z powieści Maksyma Gorkiego o takim samym tytule. Browar tu leje się dosłownie strumieniami, a jako zagrychę kupić sobie można dziesiątki rodzajów suszonych ryb i zrolowanych ultrasłonych serów. Do tego dochodzi jeszcze upał i słoneczko, także już po paru chwilach robi się całkiem całkiem miło. Spotykamy załogę przyjezdnych z Uralu chłopaków z gitarami. Wśród nich jest też jeden czarnoskóry gość czytający książkę “Historia współczesnego anarchizmu”. Pierwsze akordy gitar, piosenki Janki i Kino i zaczyna się zbiorowe zdzieranie gardeł. Jeden z grających, o wschodnich rysach i ubrany cały na czarno wygląda prawie jak kopia Wiktora Coja. Potem my też im śpiewamy coś z klasyki polskiego punk rocka, napełniamy następne baniaki, wymieniamy się kasetami. Ale zaraz mamy prom na drugą stronę, więc trzeba powoli się żegnać. 
  Kapitan podaje rękę i pomaga wchodzić na trap. Po chwili suniemy już po wielkiej Wołdze w stronę zarośniętych na dziko wysp na drugim brzegu. Po drugiej stronie musimy jeszcze pokonać wielki wiszący drewniany most i jesteśmy na plaży, na której robimy sobie Woodstock tarzając się w błocie. Mamy grać tego dnia w rockowym klubie “Podwał”, więc niestety nie możemy tak spędzić całego dnia. Wracamy starą żelazną barką wojskową, na której zaparkowane są ciężarówki. Co poniektórzy robią sobie siestę, ale po chwili mamy zostać wyprowadzeni z sielankowego nastroju. Ktoś krzyczy w naszą stronę “Rudolf Hess, SS”. Trzech młodych gości, jeden w Lonsdale’u siedzi z boku i gapi się na nas. Olewamy ich i nie zwracamy uwagi, ale przy wychodzeniu na brzeg podchodzą do nas sami i zaczynają hajlować. Wypadki toczą się dość szybko, pierwsze rękoczyny z ich strony i awantura. Trwa to wszystko dość krótko, biorąc pod uwagę naszą przewagę liczebną i to, że tamci są młodzi i napruci w trupa. Jednemu z nich wpada do Wołgi pistolecik na gazowe kulki, żeby go wyłowić rozbiera się do samych gaci. Już na brzegu tamci zamiast “Rudolf Hess” zmieniają swoje hasło na “Sława Rossiji” i dołącza się do nich grupa zwykłych gitów. Jakaś babcia zaczyna krzyczeć coś o tym, że “ci Amerkańcy chcą sprzedać nasz kraj”. Jednak wszyscy są chyba zbyt rozleniwieni od słońca i piwa. Reasumując, mogliśmy trafić sto razy gorzej, biorąc pod uwagę historie ze skinheadami – naziolami, o których słyszy się w Rosji.. Efekt jest taki, że 3 osoby ostro kuleją i mają spuchnięte nogi, a żeby było śmieszniej są to perkusiści i kierowcy, używający pedału stopy i pedału gazu. Po tej niezbyt miłej przygodzie zmierzamy prosto do klubu na koncert. 
   
 W klubie grają już lokalne kapele hard core, z ostrym przesłaniem antifa. Wszyscy zaaferowani pytają się nas o szczegóły wydarzeń i przygotowani są na ponowną wizytę fanów Rudolfa Hessa w ciut większej ilości, ale w końcu nic się nie dzieje. Mamy okazję posłuchać sobie muzyki puszczanej zza baru – nowych ciekawych samarskich niezależnych składów. Jest tego całkiem sporo! Pod ścianą za barem kawałki tłuczonego szkła – barman nalewa wódkę i rzuca za siebie puste butelki rozwalając je o ścianę.
  Gopnicy i poeci spod skrzydlatej pantery Jeszcze tej samej nocy jedziemy do Kazania, stolicy Tatarstanu. Wita nas przy drodze tatarskie godło – biała skrzydlata pantera i napis po tatarsku “Rahim itegez!” (serdecznie witamy). Język tatarski bardzo przypomina turecki. Mijając pierwsze wioski zaczynamy czuć, że to już nie całkiem Rosja, tylko inny kosmos. Minarety meczecików, kobiety w chustach. Tatarstan jako jedyna republika w Federacji cieszy się taką autonomią i ma silną narodową tożsamość. Klimat zaczyna się robić już azjatycki, Prezydent Mintimer Szajmijew jest wśród ludzi nazywany “dziadkiem”. Rządzi autorytarnie, nie wchodząc przy tym w konflikty z Moskwą i dojąc konkretne petrodolary.   Widać to wjeżdżając do Kazania, który jest po Moskwie chyba największym placem budowy w tej części Rosji. Na jednym brzegu rzeki Kazanki – dopływu Wołgi stoi stary Kreml z nowo wybudowanym wielkim meczetem, obok tego w Sarajewie największym w Europie (nie licząc Stambułu oczywiście). Na drugim brzegu żurawie i rusztowania, rośnie tu coś co będzie niedługo chyba z wyglądu przypominać Hong Kong. No i futurystyczno – orientalna architektura. Hala widowiskowa w kształcie piramidy, stacja benzynowa w kształcie piramidy, żywopłoty w kształcie panter i słoni, portret tatarskiej piękności w chusteczce na budynku dworca. I specyficzne rysy twarzy ludzi na ulicach.
 Chłopaki organizujące nasz koncert to Fiet i Bomba. Spotykamy ich na stacji przy posterunku DPS. Później okazuje się, że w plecakach mają kije baseballowe na wypadek spotkania z “bonami”. Jak mówi Bomba, wśród nazioli są i Rosjanie i Tatarzy. Tutaj wszystko się ze sobą etnicznie miksuje tak, że trudno się połapać. I tak było tu zawsze. Teraz Bomba narzeka, że musi się uczyć obowiązkowo w szkole tatarskiego (!), chociaż jest Rosjaninem i że trudno mu się połapać o co w tym języku chodzi. Opowiada też o dawniejszych czasach, czyli końcu lat 80-tych, kiedy Kazań był słynny na całe ZSRR z powodu najostrzejszych gitów i najcięższych bijatyk w całym kraju. Kazańscy gitowcy, czyli “gopnicy” mieli rosyjsko – tatarski oryginalny styl. Czapeczki “pietuszki”(koguciki) – kominiarki z daszkiem i pomponem. Bili się przy pomocy różnych dziwnych sprzętów, podobno można część z nich obejrzeć w kazańskim muzeum milicji. Na przykład wyrzutnie z kawałków zardzewiałych fragmentów silników od traktorów. Nocujemy u Rafaela w drewnianym domku na brzegu rzeki. Pełen romantyzm, squat w którym nie ma kibla i są problemy z prądem, za to w środku stoi pianino, jest pełno obrazów i instalacji Rafaela i tatarskich strojów ludowych. Bo Rafael jest poetą i malarzem, a to jest jego pracownia. Jest też... footballowym chuliganem, kibicem “Rubina Kazań”. Chce bardzo usłyszeć przetłumaczone wiersze Marcina Pryta, próbujemy więc tłumaczyć fragmenty. Potem pokazuje swoje. Następnego dnia mamy grać koncert, ale Rafael przeprasza i mówi, że nie może przyjść, bo... jest mecz a potem mają ustawkę i będą się bić z kibolami z Samary, a Kazań z Samarą w piłce nożnej mają największą kosę jaka można sobie wyobrazić. Gadamy tak i gadamy, a w tle lecą melodie ludowe nadawane przez stację Radio Tatarstan.  Wielki Tatarstan z targu staroci W Kazaniu niestety też nie możemy długo zabawić, więc kompresujemy się czasowo ze zwiedzaniem. Kreml i meczet, w którym zakładamy szpitalne foliowe obuwie na buty (najpierw chcemy zdjąć buty jak to przed meczetem, ale pani w chustce przy wejściu uświadamia nam, że nie jest to najlepszy pomysł ;) Przy wejściu można kupić sobie tradycyjne tatarskie czapeczki – tubetejki, które jednak są... made in China. Ważnym miejscem dla tatarskiej świadomości jest krzyuwa wieża, zwana wieżą Sujumbike. Kiedy wojsko cara zdobywało Kazań skoczyła z niej córka chana, księżniczka Sujumbike, bo nie chciała zostać żoną Iwana Groźnego. Jeszcze runda do sklepu i suweniry – balsam “Tatarstan” i słodkie kluski z miodem, zwane czak – czakiem.
  Koncert gramy w kameralnym i bardzo sympatycznym klubiku “Rock Kapella”. Na ścianach wiszą płyty winylowe Melodii i instalacje z części samochodowych i masek przeciwgazowych. Na sali jest około 50 osób ale jest obowiązkowe pogo. Koncert zaczyna się i kończy wcześniej ze względu na sąsiadów z pobliskich domów. Po koncercie podchodzi do nas jeden chłopak i... zaczyna mówić po polsku. Mówi, że nauczył się polskiego, bo bardzo interesuje go polska kultura, a potem... wyjmuje zina który przygotował w paru egzemplarzach specjalnie na nasz koncert. W zinie tym są... jego tłumaczenia kilku tekstów 19 Wiosen na rosyjski! Ważnym punktem jest spotkanie z SuperAlisą, kazańską gwiazdą electro która zrobiła furorę w Moskwie, zwaną też tatarską Miss Kittin. Przychodzi pod koncert z mężem Ahmetem (który robi jej teledyski i występuje razem z nią) i małą córeczką Mariam. Alisa jest w chusteczce, nie wchodzi na koncert i nie podaje ręki na powitanie. Jej islam jest jej własną jazdą, nie narzuconą rodzinnie. Teraz twierdzi, że nie chce już grać koncertów, bo “nie chce zabawiać pijaków”, a jeśli będzie grać to tylko na islamskich imprezach. W jej piosenkach jest coraz więcej motywów ludowych, poza tym zajmuje się projektowaniem chust – hidżabów w dziwne niekonwencjonalne wzorki (“chcę, żeby młode muzułmanki w Rosji mogły tak fajnie się ubierać jak te w Londynie czy Berlinie”). Jednocześnie gadając z Alisą, nie sposób nie zauważyć, że jest starą punkówą i zwariowaną artystką. Jej ulubiony film to “Pink Flamingo”, w którym gra transwestyta Divine, a jedna z ulubionych kapel to kazańska legenda elektronicznego new wave – 7B, którzy śpiewali teksty m.in. właśnie o porachunkach gitów – gopników. Sama Alisa będąc jeszcze małolatą na gigancie, chwaliła się we wszystkich miastach, że jest ze strasznego miasta Kazań i potem już nikt się nie ważył zaczepiać jej ani jej znajomych. SuperAlisa chce zagrać w Polsce dla Tatarów spod Hajnówki, mówi że może zaśpiewać dla nich nawet przez internet. “W ramach ideologii wielkiego Tatarstanu i panturkizmu, albo bardziej pank-turkizmu” – chichocze. Zagląda też do naszego vana i jest zachwycona: “też chcę mieszkać w samochodzie, prowadzić koczowniczy tryb życia jak moi tatarscy przodkowie! o tutaj bym powiesiła zdobione tatarskie zasłonki a tutaj położyła modlitewny dywanik!” Alisa wskazuje nam drogę na pchli targ, dzięki któremu przeistoczyła się w SuperAlisę. Jedziemy tam następnego dnia, skacowani po ekstatycznej imprezie z kazańską załogą punkową na brzegu rzeki, tańcach disco naokoło jakiegoś jeepa z odkręconymi na full subbooferami i improwizacjach przy pianinie w domu Rafaela. Kazański targ staroci, potocznie zwany “Mienką” oblegają dziadkowie z tatarskimi winylami (są też takie z lat 40-tych i 50-tych!) puszczanymi ze starych gramofonów. Można kupić tu tatarskie DVD z teledyskami i mp3 z folklorem i traszową estradą. Siedzą też wiekowi rockersi w skórach z winylami Led Zeppelin, Deep Purple, Yes...Słysząc nasze gadki po polsku, krzyczą do nas -“Breakout to zajebis gruppa!”
   Cicha kraina drewnianego hałasu Opuszczamy Kazań z żalem, ale przed nami nowe atrakcje. Jeszcze ostatnie zagłębie szaszłykowni na wylotówce, Tatarzy w kowbojskich kapeluszach, “Macarena” i tatarskie techno z akordeonami z pierdzących głośników. Teraz nasz kierunek to ugrofińskie republiki nadwołżańskie Czuwaszja i Mari El, a cel – chill out nad Wołgą i pływanie. Przystanki autobusowe zaczynają przybierać jeszcze dziwniejsze kształty, na nich murale z tribalowymi freskami i ornamentami przypominającymi trochę motywy indiańskie. Przejeżdżamy przez Czuwaszję i wjeżdżamy do Mari El. Maryjcy mówią językiem najbardziej ze wszystkich przypominającym węgierski; zresztą podobno właśnie z tych terenów kiedyś przybyli Węgrzy do Europy. Chcemy odwiedzić małe miasteczko Koźmodemiańsk, położone w miejscu, gdzie szerokość Wołgi jest jedna z największych i praktycznie nie widać drugiego brzegu. Bierzemy autostopowiczkę – ubraną całą w dżins Wierę, która przeszła wcześniej już 7 godzin na piechotę. Po drodze Wiera opowiada nam o tym, że mieszkała przez całe życie w Uzbekistanie w mieście Fergana (przy afgańskiej granicy) i grała w pierwszoligowej lokalnej żeńskiej drużynie footballowej.
    
 W miasteczku przy “produktach”, gdzie zaopatrujemy się na noc i doładowujemy telefony momentalnie podjeżdża do nas lokalny szeryf z DPSu, mamy też ogon miejscowych chłopaków, którzy koniecznie chcą się z nami napić i poimprezować w nocy nad rzeką. My jednak zmęczeni i spragnieni spokoju uciekamy im i niestety z pikniku nad Wołgą nici. Spędzamy noc na polu pod miasteczkiem, w dodatku zaczyna padać deszcz. Właściwe, najdziksze Mari El zaczyna się po drugiej stronie Wołgi – to początek modrzewiowej tajgi, w której można spotkać już niedźwiedzie. Mieszkańcy tamtejszych wiosek do dziś cały czas jeszcze kultywują stare pogańskie rytuały, wierzą w drzewa i zwierzęta, wróżą i czarują. Następny dzień to oglądanie Koźmodemiańska pełnego rzeźbionych drewnianych domków, zachowanych nawet w dobrym stanie. Cisza, spokój i samotna przystań Wołga, za którą nie widać już nic wywołują melancholijny nastrój. Kupujemy maryjską kasetę ludową – rzewne brzmienie akordeonu, a skala w muzyce zaczyna przypominać tu trochę skalę chińską! Przy sklepie z ludowymi artykułami Mari El nawiązujemy znajomość ze starsza panią - miejscowym kaowcem, która wsiada do nas do vana, by zawieźć nas na wzgórze, gdzie jest etnograficzny skansen maryjski. Potem oprowadza nas po nim, wyjaśniając wszystko. W maryjskiej wiosce wszystko do najdrobniejszych elementów było zrobione z modrzewiowego drewna. Łącznie z obcasami butów, które stukały o drewniane chodniki zrobione ze ściętych przy samej ziemi pieńków. Maryjcy nosili ze sobą też robiące dużo hałasu drewniane kołatki, ozdobione głowami psów i kozłów i kręcili nimi na prawo i lewo robiąc wielki noise. Hałas miał w ich wierzeniach odganiać złe moce.
 
 
  
 Maryjcy lubili też dym, również odganiający złe duchy. Więc we wnętrzu ich chat kominy nie miały odprowadzenia i cały dym leciał do środka tworząc ścianę czadu. W muzyce Mari El ścianę dźwięku za to tworzyły orkiestry gęśli, na których grały babcie – nie sposób sobie wyobrazić ilości decybeli, skoro jedna para gęśli głośno nadaje to jak musiałoby brzmieć 20 par unisono?


 foto: Henryk Prond
ps. tekst został opublikowany: LAMPA 9 (42) 2007
|