|
AMERYKA Z OKNA AUTOBUSU
Fotoreportaż kolegi Kurusa
W styczniu i lutym tego roku miałem szczęście wraz z polsko-argentyńską parą moich przyjaciół przemierzyć spory kawałek Ameryki Południowej. Odwiedziliśmy Argentynę, Boliwię, Peru i Chile. Zobaczyliśmy sporo! A to dzięki ostremu tempu, które sobie narzuciliśmy. Nasze dobre chęci i gotowość do poświęceń na niewiele by się jednak zdały gdyby nie gęsta sieć komunikacji autobusowej oplatająca wyżej wymienione kraje. Nawet w Boliwii nie mieliśmy problemu z dostaniem się do naszych kolejnych celów. Tak czy siak całe godziny spędziliśmy w autobusach wszelkiej maści. Począwszy od tych luksusowych, zaopatrzonych w fotele jak łóżka i klimę, po oldskulowy mercedesik z lat bodaj siedemdziesiątych, którym nocą przemierzaliśmy bezdroża południowej Boliwii. Nierzadko były to męczące podróże trwające nawet dwadzieściakilka godzin. Równie często jednak dawały one okazję do niezapomnianych przeżyć. Zaopatrzony w odtwarzacz MP3 i własne oczy kręciłem godzinami swoje egzotyczne teledyski. Miałem też aparat. Przedstawiam wam zatem kawałek Ameryki Łacińskiej z okna autbusu.
Z La Paz do Copacabany Ze stolicy Bolivii La Paz ruszyliśmy wczesnym rankiem. Naszym punktem docelowym w owym dniu była wyspa Ista del Sol na jeziorze Ticicaca. Miejsce magiczne i owiane legendami. Tajemnicza siedziba Inków, jezioro położone na wysokości około 3000 m.n.p.m a na jego środku Ista del Sol – Wyspa Słońca. Puki co musieliśmy dotrzeć do Copacabany, niewielkiego miasta położonego nad brzegiem Ticicaca. Nie spodziewałem się, że te kilka godzin w autobusie będzie tak fascynujące. Najpierw musieliśmy wyjechać z aglomeracji La Paz. Prawdziwy Trzeci Świat – festiwal prowizorki, tymczasowości i rozpadu. Tłumy indian, domy z byle czego i zaniedbany industrial. Wszystko to przetaczało się przez moje oczy niczym teledysk rodem ze “Stalkera”. Potem wyjechaliśmy na otwartą przestrzeń płaskowyżu północnej Bolivii. Ogromne przestrzenie a na horyzoncie ośnieżone szczyty Andów. A do tego wspaniałe niebo z bajkową plątaniną chmur. Końcowe godziny to już Ticitaca w towarzystwie gór. Słuchałem Dead can Dance, Manu Chao i pstrykałem...
Przez chilijską pustynię (z Aricy do Valparaiso) Do Aricy, leżącej na granicy między Peru i Chile, dotarliśmy mając za sobą już niemal 24 godziny podróży przez południowe Peru. Z tego tripu zapamiętałem niewygodę, indiańskie kobiety sprzedające cuchnace mięso i przesympatyczną dziewczynę z Belgii, z którą przegadałem kilka dobrych godzin. Po niewielkich kłopotach z dostaniem biletów do Valparaiso, rozpoczeliśmy naszą podróż przez północne Chile. Ta część najwęższego kraju świata to przeważnie pustynia, włącznie z Atakamą - najsuchszą na świecie. Wraz z kilkugodzinną przerwą w Iquiqe (odjechane miejsce – port w kleszczach między pusynią a oceanem!), nasza podróż trwała prawie 40 godzin. Jechaliśmy z północy na południe zatem po prawej mieliśmy Pacyfik, po lewej pustynie. Mijały godziny. Nasza podróż była jak medytacja lub trans. Czasem godzinami wszystko co widzieliśmy to błękitne niebo i płaska przestrzeń pustyni. A na niej tylko linia naszej drogi. Niekiedy pustynia stawała się górzysta. Obserwowaliśmy łagodne piaskowe wzgórza lub oazy zagubione w głebokich dolinach. W innych odcinakch droga wiodła niemal wzdłuż Pacyfiku, który migotał do nas słońcem odbitym w swoich błekitnych wodach. Od czasu do czasu jakieś zagubione miasto – kilka palm i sklepy, w których kupowaliśmy arbuzy i puszki zimnej coli. Wapadaliśmy w rodzaj zadumanego rozleniwienia, w moim przypadku podsycanego przez muzykę Mobiego, składanek Buddy Bar czy znów Dead Can Dance. Po drodze nie zapomniałem pstryknąć tu i ówdzie.










|