infookładkiartykułylinkikontaktnewsletter :  
  Powrót do listy artykułów

WIEDNIOWA KWIETNIÓWKA

KURUS:
Do chłopaków dołączyłem w ostatniej chwili. Górnik Party w Wiedniu miało się odbyć dokładnie przed moją z dawna planowaną podróżą do Polszy. Zmieniłem zatem odrobinę plany, wydałem dodatkowe kilkadziesiat euro i zamiast do Katowic poleciałem do Wrocławia. Dublin żegnał mnie wyjątkowo piękną pogodą – 20 stopni i słońce. Wrocław okazał się zaskakująco zimny. Do tego socrealistyczna architektura i zakazane mordy na wyludnionym dworcu. Pomyślałem, że równie dobrze mogłoby to być jakieś przemysłowe miasto na Uralu lub głębokiej Syberii. Podejrzewam, że Wrocław jest zupełnie inny ale pierwsze wrażenia po dość długiej rozłące z wciąż postradziecką ojczyzną były po prostu takie. Wkrótce potem zjawili się panowie Dodo i Dosiu.

Przyznam się, że oczekiwałem natychmiastowej rury do Wiednia ale nie doceniłem chłopaków. Czekała mnie jeszcze oldskulowa posiadówka w mieszkaniu Marcina. Na wirtualnym alkomacie sprawdziliśmy ile możemy wypić i ... i start przełożyliśmy na rano. Noc okazała się twórcza, powstało wiele motywów na wizuale i jak mniemam innych koncepcji i pomysłów. Konkretów niestety nie pamiętam bowiem bawiłem się być może zbyt dobrze.
Ostatecznie ruszyliśmy o 6 rano po nocy, której nie mogę zaliczyć do solidnie przespanych. Podróż upłynęła w sielankowej atmosferze. Wiosna, ciepło i słonecznie. W kilka godzin przejechaliśmy Czechy, w przydrożnej knajpce posilając się piwem, wyprażanym syrem a w moim przypadku nawet whisky z colą.
Wczesnym popołudniem wjechaliśmy do Wiednia. Znalezienie pensjonatu o wdzięcznej nazwie Gruber (miejsca naszego kwaterunku) zajęło trochę czasu. Nikt z nas nie włada niemieckim a ze znajomością angielskiego u Wiedeńczyków też nie jest bosko. Ostatecznie we got it. Prysznic, chmurka i bez zwłoki ruszyliśmy do centrum – byliśmy nieco spóźnieni.
Byłem już raz wcześniej w Wiedniu. Na sylwestra kilka lat temu. Zapamiętałem miasto jako przytłaczające, zbyt monumentalne, deszczowe, zimne i szare. Tym razem wrażenia były całkowicie inne.
Poza centrum to co najciekawsze to perełki modernistycznej architektury. Takich odjechanych bloków jeszcze nie widziałem. Może tylko niektóre okazy w Buenos Aires mogłyby im dorównać. Przykładem niech będzie ciągnący się zygzakiem przez 200 może 250 metrów blok o przedziwnie białej elewacji. Po prostu odlot!

Centrum Wiednia jest piękne w klasycznym tego słowa znaczeniu. Od razu czuć, że to miasto było przez wieki stolicą imperium. Tutaj gromadziło się to co najlepsze, najpiękniejsze, najbogatsze z całej Europy środkowej i południowo-wschodniej. Skąpane w słońcu, doskonale utrzymane, monumentalne kamienice i pałace. Te drugie to dziś najczęściej siedziby muzeów, galerii, akademii nauk. Dumne, imperialne rzeźby pośród angielskich ogrodów. Kawiarnie, restauracje, ulice a nawet sklepowe witryny wyglądają w sposób wyszukany. Czuć szyk i styl. Wszędzie jest czysto i schludnie. Oczywiście wszystko to może być odbierane również jako wada. Niemiecka sztywka itd. Ale powiedzieć muszę, że po dłuższym już czasie pomieszkiwania w świecie anglosaskim szyk i klasa niemieckiego Wiednia była dla mnie miłą odmianą. Mieszkam w Dublinie więc na prowincji ale nawet w centrach takich jak Nowy Jork a nawet Londyn daleko więcej charakterystycznej, macdonaldowej tandety i syfu. Tak czy inaczej miło było wypić wiedeńska kawę z appelstrudel spogladając na ten cały arystokratyczny blichtr.
Samej imprezy nie będę szczegółowo opisywał pozostawiając to jej współtwórcom. Powiem tylko, że jako Będzin Beat braliśmy udział w otwarciu miejsca prezentacji polskiej sztuki w Wiedniu. Stoły uginały się od jadła i napitku, przemawiali oficjele. W tym czasie ekipa BB zasilona przez Dottore Moonera z Monachium raczyła się całkiem smakowitymi, austriackimi piwkami na murku. Mówiąc krótko, wchodząc na salony nie zapomnieliśmy o korzeniach. Potem przez jakieś dwie, trzy godziny Mooner grał a Dosiu i Dodo prezentowali swoje wizuale. Ja kontemplowałem całość od czasu do czasu angażując się w akcje podnoszenia z posadzki pewnego gościa, który nadużył darmowej strawy a przede wszystkim trunków.
Po zamknięciu całej imprezy nie było mowy o spoczynku. Cała załoga (organizatorzy i artyści) ruszyła do Cafe Europa by już na luźno celebrować wiedeńską, wiosenną noc. Nie wiem czy tak jest na codzień ale stolica Austrii objawiła mi się jako bardzo wyluzowana i liberalna. Nikt się nie czepiał gdy spacerowałem z browarkiem w ręku a w knajpie godzinami paliliśmy “egzotyczne papierosy”. Pogawędziliśmy, potańczyliśmy by o trzeciej w nocy wziąść taksówkę do Grubera. Byłem zmęczony ale szczęśliwy.
Następny dzień był tak samo wiosennie piękny jak poprzedni, toteż postanowiliśmy do późnego popołudnia zostać w Wiedniu. Na dobry początek poszliśmy na kawę, potem spacerowaliśmy po mieście by w końcu na dwie godziny zasnąć w jednym z parków. Totalny relaks...
Na koniec Wiedeń zaskoczył mnie jeszcze raz. Właśnie wychodziliśmy z metra by wsiąść do samochodu i rozpocząć powrotną podróż gdy dostrzegliśmy grupę może dziesięciu, piętnastu osób. Każda z nich miała na uszach słuchawki i oddawała się tańcowi do sobie tylko słyszanej muzyki. Nieme, psychodeliczne party w wiedeńskim metrze pewnego wiosennego, piątkowego popołudnia. To było moje ostatnie wrażenie. Potem już tylko bezproblemowa, szybka podróż przez Słowacje i byliśmy w kraju kwitnącej czereśni. Krótko mówiąc wiedeńska kwietniówka była w pytę.


DOSIU
Mieliśmy być w Wiedniu w czwartek o 6 rano. Mieliśmy być w MQ na 14. tymczasem o 6 rano dopiero ruszyliśmy w drogę. Kiedy tylko spotkaliśmy się w 3, jakoś nie wiedzieliśmy o czym gadać. Tyle było do opowiadania, każdy z nas żyje w innym miejscu, innym świecie. PIWO, chciało nam się napić wspólnie browara. Noi wirtualny alkomat... pomysły... komputery.... 6.00 rano.
Zaraz po przekroczeniu granicy wyłączyłem telefon. Jechaliśmy, Vamos A La Playa, Oooo! Dodo zapomniał zrobić czegoś w pracy. Jego telefon bez przerwy dzwonił. Nie odbierał, siekał się, że poczta głosowa nabija mu rachunek. Jechaliśmy... błądziliśmy w Wiedniu, telefon dzwonił. W końcu w drodze do MQ
odebrał.
Okazało się, że szukają nas pół dnia, co się z nami dzieje nikt nie wiedział. Pani z Wiednia, szukała nas na wszystkie sposoby, dzwoniła wszędzie gdzie tylko mogła. Uruchomiła całą machinę do kontaktu z nami. Kiedy weszliśmy do MQ padło: „Będzin Beat? ŻYJĄ!!!” podobno 2 ekipy jadące do Wiednia miały jakieś samochodowe perypetie, wypadki...
sala pełna krzątających się ludzi, jak to przed akcjami. Trochę dziwne miejsce do projekcji. Przyjechał Mooner. Zakręcony po kilkugodzinnej podróży z Monachium. Poszedł na spacer. Podłączyliśmy projektory, komputery. Ja miałem AWARIE kompa 2 dni przed. Ledwo system miałem czas zainstalować. Dodo narobił swoich ruchomych obrazków, ja wziąłem dvd.
Zaczęło się. Przemówienia i nie wiem co, bo miło spędzaliśmy czas na /murku/. W końcu my. Dottore zapodaje muzyczkę my bawimy się obrazkami. Raczej był to wieczór Doda (miał urodziny 2 dni później) zapodawał obrazki i fajnie mu szło zgrywając się z Moonerem. Co jakiś czas (zdecydowaną większość) pan z TV zapalał światło pod swoją big kamere. Nasze video blakło. No to my gasimy, on zapalał. W sumie kotletParty.
Potem poszliśmy do baru. Rozegraliśmy bitwę na świecące patyczki..., i wszystko co nam wpadło pod rękę. Wieczór/noc była bardzo miła. Rano śniadanie u Grubera. Samochód pod metro i w miasto. Wiedeń był zupełnie inny niż zimową porą.

MQ Museum Quartiers to ponoć jeden z 10 największych kompleksów kulturalnych na świecie. Super miejsce. Pełno ludzi, spotykających się jak w parku albo u nas w supermarketach. Dookoła wystawy, imprezy sklepy jak SubotronShop, obok park, w którym walnęliśmy w kime na 2 godziny. Spokój. Podróż do Polski przez Słowację, jest zdecydowanie lepsza niż przez Czechy (HWDP – czeska policja). Wracam do Wrocka, do Śląskiej...


ŚLĄSKA:
19 kwietnia miał być kolejnym nudnym dniem, który mógł minąć jak każdy inny, ale... zapoczątkował serie niefortunnych zdarzeń. nasza bohaterka nawet nie domyślała się jaka przygoda czeka ją tego pięknego dnia, kiedy to z ręcznikiem na ramieniu i ze szczoteczką w ustach ruszyła na spotkanie z poranną toaletą. zgodnie z rytuałem wypiła poranną kawę i zapaliła niesmakującego jej jak zwykle szluga, marki jak najtańszej, bijąc się z myślami, czy podróż rowerem to aby najlepszy pomysł. cóż mogła jednak zrobić, kiedy w portfelu miała tylko kawałek plastiku, bilet coś kosztował a w "żabce" tylko gotówkę chcą.
wsiadła więc na swój zajebisty rower i czym prędzej popedałowała do swojej fascynującej pracy na spotkanie z gronem wiernych i do bólu szczerych przyjaciół. godziny mijały wyjątkowo powoli co tylko potęgowało jej frustracje i burczenie w żołądku (zapomniała o śniadaniu).
nadal mamy 19 kwietnia.
mija kolejna godzina pracy. Cisza. słychać wołanie. Telefon! Odbiór. Akcja-reakcja. gdzie oni są!? miękkie kolana. tekst epitafium w głowie. Załamka. co robić? może zemdleć? Dzwonić, dzwonić, dzwonić! zero odzewu. ciągle ktoś dzwoni, pyta, wszyscy jej współczują, pocieszają, choć wszystko w dupie mają -- nananana po czym następuje godzina dla nerwicy żołądka i inny takich tam nerwowych chorób. w międzyczasie kończy się czas pracy, wraca do domu, zapala papierosa i dostaje lakonicznego sms-a: "jesteśmy". na szczęście nie po tamtej stronie... nanana!


DODO:
Ja byłem najdłużej na tej wyprawie. Wyruszyłem z waw do wro potem do Wien. Całą podróż czułem że czegoś zapomniałem. Nie odbierałem telefonów żeby nie płacić roamingu a dzwoniły tak że mi chciało kieszeń urwać. Nagle pstryk wiem o co chodzi - nie oddałem projektu w pracy który mozolnie robiłem przez tydzień - FUKKKKKK!!! Na szczęście mam fajnego kumpla w robocie który zrobił projekt od nowa ;) (Sory SEB & TOM). Świadomość dania ciała spędzała mi sen z powiek a raczej spędzałaby gdybym spał. Ale nie spałem bo jechałem do Wiednia na imprezę z dawno niewidzianymi ziomami i może wyjdę na ignoranta ale to z całej imprezy było najlepsze.

Co do samej galerii - bardzo fajne miejsce. Miejsce gdzie spotykają się ludzie - ta galeria żyje. Równocześnie dzieje sie tam wiele rzeczy, wystawy,imprezy, nadaje radio.W budynkach galerii jest tez dużo odjechanych sklepików. Nam starym ośmiobitowcą wpadł w oko www.subotron.com - komputerowa cepelia. Z braku kasy nie poczyniłem wielkich zakupów, zaopatrzyłem sie w dmuchanego przezroczystego misia.

Sama impreza była raczej zajawką tego co może być na imprezach. Dotore mooner grał fajnie ale włączane światło osłabiało nasze wizuale. Nadrobiliśmy w klubie po. Rano kac, śniadanie, cały dzień prostował mi się kod genetyczny aby wieczorem już jako przykładny homosapiens wracać do polski.


 © 1998 - 2006 BędzinBeat