|
Relacja z induwycieczki

Tomek Mzyk: Gdy z Marcinem weszlismy na peron, pociag juz stal, patrzac sie na nas apatycznie z wybaluszonymi, okraglymi oczoswiatlami. Niebieski i zolty na zewnatrz. W srodku z olbrzymimi, czerwonymi i blyszczacymi sie siedzeniami. Wyglad pociagow nie zmienil sie od lat mojego dzeicinstwa. Juz wtedy jezdzily na terenie Slaska. Z Katowic do Bytomia jazda trwa trzydziesci minut. Obiekty przemyslowe, osiedla robotnicze, ogrodki dzialkowe, koscioly, male parki – caly repertuar struktur miejskich Gornego Slaska przemyka w mgnieniu oka za szyba pociagu. Krotko przed Bytomiem, na srodku poprzemyslowego odlogu, zaskakuje nas widok malego pagorka z czerwonej gleby, obrosnietego karzelkowatymi krzaczkami. Po ciemnych ceglach osiedli robotniczych z nienacka krajobraz przypominajacy australijska sawanne. Po “Australii”, tuz przed dworcem w Bytomiu, pociag przejezdza przez Rozbark. Tak tez nazywala sie tez kopalnia w ktorej pracowal moj ojciec. Tak samo klub sportowy w ktorym ojciec, i przez krotki czas i ja, gralismy w pilke. Nazwa “Rozbark” prawdopodobnie wywodzi sie z lacinskiego okreslenia mons rosarum. Znaczy to: “Rozane Wzgorze”. Jak mowi legenda, glosil na owym “Rozanym Wzgorzu” swoje kazania swiety Jacek Odrowaz. Dla jego uczczenia zbudowano w XVIII wieku drewniana kaplice. Teraz stoi tam kosciol, ktory nosi jego imie i w ktorym moi rodzice brali slub, a ja zostalem ochrzczony. Przed druga wojna swiatowa Bytom byl miastem granicznym i nalezal do Rzeszy Niemieckiej. W tych czasach Rozbark nazywal sie Rossberg, co oznacza “Konskie Wzgorze”, a na jego terenie miescila sie wielka spedycja konska. I rzeczywiscie, gdy wspominam dziecinstwo, przypominaja mi sie raczej konie niz roze. Dlatego “Rossberg” jako nazwa wydaje mi sie bardziej dobrana niz “Rozane Wzgorze”. Konie z czasow mojego dziecinstwa ciagly fury ze szmatami, z kartoflami i z weglem, a furmanie rozmawiali z nimi w nieznanym mi jezyku. Co z reszta zbytnio mnie nie dziwilo. Przeciez prawie kazda ulica mojej dzielnicy szwargotala innym jezykiem. Przynajmniej tak mi sie wydawalo. Matka mojego ojca, ktora nazywalem Omama - co znaczy tyle co bacia - pochodzila z Szarleja. Malego miasteczka, w ktorym urodzil sie rowniez moj ojciec, a bedacego teraz dzielnica Piekar Slaskich. Jego nazwa wywodzi sie od imienia legendarnego demona, zyjacego w kopalnianych sztolniach. Omama rozmawiala jezykiem, w ktorym Polski, Niemiecki i Czeski tworzyly dziwaczna mieszanine, w osobliwy sposob przepojona literka “s”, co czasami brzmialo jak seplenienie. Matke mojej mamy do dzisiaj nazywam po Polsku Babcia, chociaz to ona czytala mi na glos niemieckie bajki ze stoletniej ksiazki i tlumaczyla je na Slaski, podczas kiedy moj dziadek sluchal niemieckiej stacji Radia Wolna Europa. Ten jezykowy zamet nie tylko panowal w mojej rodzinie. Wydaje mi sie, ze to jedna z typowych cech Gornego Slaska, wywodzacych sie z jego historii. Wreszcie Bytom. Wychodzimy z pociagu i przechadzamy sie ulica Dworcowa. Jako dziecko czesto tutaj spacerowalem z rodzicami, a potem rowniez z kolegami, ale dopiero teraz zauwazam urok kamienic, z zabrudzonymi przez kurz i spaliny fasadami. Floresowate gzymsy i zakrecone stalowe drazki balkonow znajduja sie w dziwacznej harmonii z grubymi warstwami kurzu weglowego. Nad pieknymi lecz podupadlymi domami przy rynku i Placu Matejki, jaskrawo swiecace slonce rozpowrzechnia wesola, wsrodziemnomorska atmosfere. Wegiel, zwany czarnym zlotem, niegdys zrobil to miasto bogatym i pieknym. Teraz, po dziesiatki lat trwajacej eksploatacji, oznacza owe czarne zloto prawdopodobnie zaglade tego miasta Nastepnego dnia wyruszamy znow z Katowic. Katowice, stolica wojewodstwa Slaskiego i czesto ale nieslusznie nazywne brzydkim i szarym, to dosyc mlode miasto. Powstalo dopiero w IX wieku poprzez szybko rozwijajaca sie industrializacje Gornego Slaska. Przybysz, wysiadajacy na stacji kolejowej w Katowicach, ktory jest uwrazliwiony na nieco szorstka architekture lat siedemdziesiatych, zachwycony bedzie budynkiem dworca. Niestety, obskurne budy i prowizoryczne stoiska handlarzy szpeca wnetrza tego budynku. Wsrodmiescie zachwyca wspanialymi kamienicami z czasow secesji. Wiec nie dziwi fakt, ze niektorym przybysza, jak i miejscowym, o nieco powierzchownym spojrzeniu budynek dworca wydaje sie architektonicznym wrzodem. Nieco na skraju wsrodmiasta, na glownym rondzie Katowic, stoji UFO, czyli “Spodek”. Wybudowany rowniez w latach siedemdziesiatych, sluzy jako hala sportowa i imprezowa. Podczas gdy na przeciwko, na srodku ronda, powstac ma nowa, szklana budowla ktora miescic bedzie galerie sztuki wspolczesnej, “Spodek” robi wrazenie awaryjnie wylondowanego pojazdu z kosmosu. Lekko przechylony ku niebu i gotowy do startu. Jakby bal sie konkurencji z przeciwka, ktora moze doprowadzic do jego zburzenia. My w tym czasie wsiadamy w autobus do Bedzina. Bedzin, jak i Sosnowiec, Czeladz i Dabrowa Gornicza, nalezy do Ogornoslaskiego Okregu Przemyslowego. Znajduje sie la na terenie Zaglebia, historycznie nie nalezacego do Slaska, tylko do Malopolski. To wlasnie rozwoj przemyslowy stworzyl fuzje tych rejonow. Wysiadamy w poblizu cementowni. Witaja nas zaspane, puste uliczki, a malutkie ceglane domki z kolorowymi ogrodkami zdobia je po obu stronach. Czuc pore obiadowa, a ciche stukanie stuciec po talerzach roznosi sie po ulicy. Po drodze zatrzymujemy sie w jednej z typowych knajp robotniczych. Dzisiaj nie siedzy tu juz spragnieni zimnym piwem pracownicy cementowni po udanej „Szychcie“, tylko pare rencistow z psem. No i my, turysci. Ojciec z synem stoja za lada i szybko nas obsluguja. Dzesiecioletni chlopczyk nalewa nam zimnego piwa za okolo siedemdziesiat Centow. W Katowicach zaplacilibysmy co najmniej jeszcze raz tyle. Jakie szczescie, ze jestesmy tutaj. Ta dzielnica Bedzina nazywana jest juz od prastarych czasow „Pekin“. Na prawie kazdej scianie widni pismo: „Witamy w Pekinie“. Nie wiem czy rozumiec to naprawde jako przywitanie, czy jako przestrzezenie, ze znajdujemy sie na niebezpiecznym terenie. Niewazne. Delektujemy nasze piwo w prowizorycznie postawionym ogrodku tuz przy ulicy. Marcinowi udaje sie namowic mnie na jeszcze jedno piwo, poczym wreszcie wyruszamy w strone starej cementowni. Areal od razu przypomina mi film Andreja Tarkowskiego Stalker. Tak jak w filmie wchodzimy na „zakazany teren“. Witaja nas zarosniete ruiny i na pol zburzone budynki przemyslowe. Znajdujemy rowniez komnate. Przypuszczam, ze to stary piec cementowni. Przez mala wneke wchodzimy do srodka tej postindustrialnej swiatyni w ktorej panuje skupiona cisza, a na kazdy nasz ruch odpowiada echo. Czy w tym miejscu, podobnie jak w filmie Tarkowskiego, spelniaja sie najskrytsze zyczenia? Jezeli tak, to co nalezy sobie tutaj zyczyc? Sczescia, zdrowia i dlugiego zycia? To przeciez za banalne. Zyczenia ktore tutaj mialyby sie spelniac, bylyby tak absurdalne i nierealne jak samo to miejsce. Tutaj trzeba sobie zyczyc, aby UFO w Katowicach tak szybko nieodlecialo i zostalo jeszcze przez pewien czas przy rondzie. Aby bytomskie domy niezapadly sie pod ziemie i niezniknely na zawsze w ciemnych kopalnianych sztolniach. A moze zyczyc sobie, aby furmanie z Rozbarku nadal podrozowali z pelnymi furami z „Australii“ do „Pekinu“, aby zgasic pragnienie za siedemdziesiat Centow.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------
Als Marcin und ich den Bahnsteig betreten steht der Zug schon bereit und schaut uns mit seinen riesigen Kulleraugenleuchten etwas apathisch an. Blau und gelb ist er von Außen. Innen mit riesigen, glänzenden, tiefroten Sitzen. Seit meiner Kindheit fahren sie äußerlich unverändert in der Region. Von Katowice nach Bytom sind es dreißig Minuten. Industrieanlagen, Schrebergärten, Arbeitersiedlungen, Kirchen, kleine Parks – das ganze Repertoire oberschlesischer Städtestruktur huscht an uns vorbei. Kurz vor Bytom, mitten auf einer Industriebrachfläche, sind wir von dem Anblick eines Hügels aus roter Erde, auf dem kleine Sträucher wachsen, überrascht. Nach dem dunklen Backstein der Arbeitersiedlungen, jetzt eine Landschaft, die an die australische Savanne erinnert. Nach „Australien“, kurz bevor der Zug den Bahnhof von Bytom erreicht, kommt Rozbark. „Rozbark“ hieß auch die Grube in der mein Vater gearbeitet hat. Genauso wie der Verein in dem er, und kurzzeitig auch ich, Fußball spielten. Angeblich stammt der Name vom lateinischen mons rosarum ab, was „Rosenhügel“ bedeutet. Auf diesem Rosenhügel soll der Legende nach der Heiliger Jacek gepredigt haben. Für ihn hat man im achtzehnten Jahrhundert eine kleine Holzkapelle errichtet. Jetzt steht dort die Kirche, die seinen Namen trägt und in der meine Eltern geheiratet haben und ich getauft wurde. Vor dem Zweiten Weltkrieg war Bytom eine Grenzstadt und gehörte zum Deutschen Reich. Rozbark hieß damals natürlich nicht Rozbark sondern Rossberg und war Standort einer großen Pferdespedition. Und tatsächlich, denke ich an meine Kindheit zurück, kann ich mich eher an Pferde als an Rosen erinnern, weshalb mir Rossberg logischer als Name erscheint als „Rosenhügel“. Die Pferde in meiner Kindheit zogen Wagen mit Lumpen, Kartoffeln und Steinkohle, und die Pferdekutscher sprachen eine Sprache mit ihnen, die ich nicht verstand. Was mich jedoch nicht besonders verwunderte. Sprach doch fast jede Straße in meinem Stadtteil ein eigenes Kauderwelsch. Zumindest erschien mir das so. Die Mutter meines Vaters, die ich Omama nannte kam aus Szarlej, einem kleinen Ort, der nach einem Dämon benannt wurde, der in Bergstollen lebte. Später kam auch mein Vater dort zur Welt. Wenn sie sprach, vermischte sich Polnisch, Deutsch und Tschechisch zu einem sonderbaren Singsang mit vielen s-Lauten, was manchmal wie Lispeln klang. Meine andere Großmutter nenne ich bis heute noch polnisch Babcia, was Oma heißt. Sie las mir laut deutsche Märchen vor aus einem Buch vor, das mindestens hundert Jahre alt war. Sie übersetzte sie mir ins Schlesische während mein Opa Sender Freies Europa hörte. Dieser Sprachenwirrwarr herrschte nicht nur in meiner Familie. Vielmehr ist er sehr typisch für Oberschlesien, was geschichtlich begründet ist. Endlich Bytom. Wir steigen aus und schlendern durch die Bahnhofsstraße. Als Kind bin ich unzählige Male mit meinen Eltern und später mit Freunden hier lang gegangen, doch erst jetzt fällt mir die Schönheit der vom Staub und Industrieabgasen angeschwärzten Fassaden auf. Verschnörkelte Simse und verspielt verdrehte Eisenstäbe der Balkone in einer bizarren Einheit mit dicken Schichten von Kohlestaub. Über dem Marktplatz und dem Plac Matejki verbreitet die strahlende Sonne eine südländische Heiterkeit über die morbide Schönheit der Häuser. Das schwarze Gold, die Steinkohle, hat die Stadt reich und schön gemacht. Jetzt bedeutet sie vielleicht deren Untergang, da die durch den Jahrzehnte dauernden Kohleabbau unterhöhlte Erde die Last der Häuser nicht mehr tragen kann. Am nächsten Tag starten wir wieder von Katowice aus. Katowice, Haupt- und Verwaltungssitz der Woiwodschaft Schlesien ist eine junge Stadt. Sie entstand, begünstigt durch die rasante Industrialisierung, erst im neunzehnten Jahrhundert und wird von vielen gerne aber zur Unrecht als grau und hässlich bezeichnet. Kommt man als Zugreisende in Katowice an und ist für die spröde Architektur der siebziger Jahre empfänglich, so ist man von dem Bahnhofsgebäude geradezu überwältigt. Leider wird das Innere des Bahnhofes von hässlichen Buden und provisorischen Händlerständen verunstaltet. Die Innenstadt prägen prachtvolle Jugendstillhäuser. Kein Wunder, dass einem seichten Auge der moderne Bahnhof wie ein Geschwür vorkommt. Etwas abseits, an dem Hauptverkehrskreisel der Stadt, steht ein UFO ähnliches Gebäude, das „Spodek“ genannt wird, was übersetzt „die Untertasse“ bedeutet. Es wurde ebenfalls in den siebziger Jahren gebaut und dient als Stadthalle in der große Konzerte und Sportveranstaltungen stattfinden. Während gegenüber, in der Mitte des Verkehrskreisels, ein neuer gläserner Bau entsteht, der die Galerie für zeitgenössische Kunst beherbergen wird, wirkt die Untertasse wie ein riesiges, notgelandetes Raumschiff. Leicht gen Himmel geneigt und startbereit, als fürchte es einen baldigen Abriss. Währenddessen besteigen wir den Bus nach Bedzin. Die Stadt gehört, neben Sosnowiec, Czeladz und Dabrowa Gornicza zwar zum so genannten Oberschlesischen Industrierevier, liegt aber in Zaglebie, was so viel wie „Niederung“ bedeutet. Zaglebie gehört historisch nicht zu Schlesien, sondern zu Kleinpolen. Die industrielle Entwicklung ließ das Gebiet jedoch mit Oberschlesien zusammenwachsen. Wir steigen in der Nähe des Zementwerkes aus und laufen durch verschlafene, leere Straßen. Kleine Backsteinhäuser mit bunten Gärten säumen den Weg. Aus den Häusern riecht es nach Mittagessen und aus den offenen Fenstern hört man das Klappern des Bestecks. Unterwegs machen wir Rast in einer der typischen dunklen und verrauchten Arbeiterkneipen. Nur das heute nicht die Arbeiter nach der Schicht ihren Durst hier löschen, sondern ein Paar Rentner mit Hund, einige Arbeitslose und wir Ausflügler. Vater und Sohn bedienen uns schnell. Der zehnjähriger Junge schenkt uns ein gezapftes, kühles Bier ein für umgerechnet siebzig Cent. In Katowice würden wir mindestens das Doppelte zahlen. Was für ein Glück, dass wir hier sind! Dieser Stadtteil von Bedzin wird seit Urzeiten „Peking“ genannt. Das können wir auf fast jeder Mauer als Graffiti lesen: „Willkommen in Peking“. Ich weiß nicht ob wir es als Begrüßung oder als Drohung interpretieren sollen. Egal. Das Bier schmeckt gut. Wir genießen es Draußen in dem provisorisch errichteten Biergarten und Marcin überredet mich schnell noch eins zu trinken, bevor wir weiter in Richtung Zementwerk aufbrechen. Als wir das Areal betreten, erinnere ich mich sofort an Andrej Tarkowskijs Film Stalker. Auch hier gelangen wir in eine „verbotene Zone“. Vorbei an überwucherten Ruinen und halb abgerissenen Industrieanlagen. Auch „das Zimmer“ finden wir. Es ist, so vermute ich, der alte Brennofen des Zementwerkes. Das Gebäude wirkt wie ein Sakralbau. Wir betreten es durch eine kleine Öffnung. Innen herrscht andächtige Stille und jedes Geräusch, jeder unsere Bewegungen wird durch ein Echo beantwortet. Werden auch hier, wie in Tarkowskijs Film, die geheimsten Wünsche eines Jeden wahr, der „das Zimmer“ betritt? Doch was wünscht man sich an einem solchen Ort? Glück, Gesundheit und ein langes Leben? Das ist zu irdisch, zu banal. Die Wünsche die hier in Erfüllung gehen müssen so absurd, so zweckentfremdet und unreal sein wie der Ort selbst. Hier muss man sich wünschen, dass das „Raumschiff“ in Katowice noch ein Weilchen bei uns bleibt und nicht bald wegfliegt, dass die Häuser in Bytom nicht über Nacht unter der Erde, in dunklen Bergstollen verschwinden, oder dass die Pferdekutscher aus Rozbark, soweit es sie noch gibt, mit ihren Pferden das mir unverständliche Kauderwelsch sprechen und mit voll gepackten Wagen von „Australien“ nach „Peking“ ziehen. Vielleicht auch nur, um dort ihren Durst für siebzig Cent zu löschen.
|