![]() |
|
| Powrót do listy artykułów |
||||||||||||||||||||||
MEATH STREET CZYLI BĘDZIN PO DUBLINSKU
W Połowie września ubiegłego roku celem przeżycia przygody oraz ogólnej odmiany klimatu opuściłem rodzinny Będzin i znalazłem się w Irlandii a dokładnie w Dublinie. Oczywiście pierwsze nasze działania skupiły się na sprawach fundamentalnych czyli między innymi znalezieniu własnego kąta. Początkowo nie było to proste – dziesiątki ogłoszeń w internecie, telefoniczne rozmowy po angielsku i problemy z orientacją w zupełnie nieznanym mieście nie ułatwiały zadania. Po dwóch dniach bezowocnych i nieco frustrujących poszukiwań skontaktowaliśmy się z kobietą o swojsko brzmiącym imieniu Jan. W piękny piątkowy poranek ruszyliśmy obejrzeć nasze pierwsze potencjalne lokum. Adres Meath Street 19-20 nic nam nie mówił... Z pewnością powodowani bardziej intuicją niż rozsądkiem, po kilkuminutowym oglądaniu mieszkania powiedzieliśmy Jan – we`ll take it. I w taki prosty sposób zostaliśmy mieszkańcami dublińskiej dzielnicy The Liberties, której Meath Street jest sercem. Jest to jedno z najciekawszych i najbardziej specyficznych miejsc w tym mieście. The Liberties położona jest nieco tylko na zachód od ścisłego centrum miasta kojarzonego z ruchliwą, głośną O`Connell Street, najpopularniejszym deptakiem Grafion Street oraz dzielnicą pubów i klubów Tempel Bar. W przeszłości zamieszkiwana była przez francuskich hugenotów, przybyłych tam na przełomie XVII i XVIII wieku. Francuscy protestanci osiedlili się wtedy w wielu krajach europejskich, uciekając przez prześladowaniami Ludwika XIV. Co ciekawe przodkowie irlandzkiego noblisty S.Becketta byli właśnie takimi francuskimi uchodźcami. The Liberties przez długie lata zachowała kulturową i administracyjną odrębność, a typowa dla kalwinistów przedsiębiorczość przyczyniła się do rozwoju ekonomicznego Dublina. W XVIII wieku na terenie dzielnicy rozpoczął swą działalność browar Guinness, najważniejszy chyba towar importowy Irlandii. Dzisiejszy urok i specyfika The Liberties to kompilacja handlowych tradycji, postindustrialnej zabudowy i proletariackich klimatów. Wszystko to jako żywo przypomina mi Będzin i okolice. Jeśli mówisz Dublińczykowi, że mieszkasz na Meath Street odzew jest zawsze ten sam – a lot of shops, big market on saturday. Istotnie dzisiaj w okolicach tej ulicy koncentruje się cały handel dawnej The Liberties. A jest to handelek bardzo specyficzny. Nie ma on nic wspólnego ze sterylnym modernizmem kojarzonym u nas z tzw. Zachodem. A lot of shops oznacza przede wszystkim mnóstwo sklepów mięsnych i rzeźników. To niesamowite ale na niewielkiej przestrzeni znajduje się chyba z dziesięć takich miejsc. Niektóre przypominają sceny z obrazów Francisa Bacona. Rankiem idąc do pracy możesz natknąć się na olbrzymie półtusze wieprzowe, które odbiera z ciężarówki uzbrojony w siekierę, przyodziany w ubabrany krwią kitel butcher. Ponadto jest tutaj mnóstwo dziwnego autoramentu sklepików wszelkich branży gdzie możesz kupić buty, koszule, majtki i co tylko chcesz w bardzo niskich cenach. Big market on saturday… kiedy budzisz się około 10 am w sobotę na Meath Street jest jak w ulu. Cała ulica i okolice są okupowane przez straganiarzy, sprzedających mydło i powidło. Najzabawniejsze są kobitki wieku różnego wykrzykujące na całe gardło na przykład: Two trousers for 20 euro. Ten charakterystyczny zaśpiew trzeba po prostu usłyszeć. Na Meath to sobotni budzik. Słowem wszystko to totalnie przypomina targ w Będzinie włącznie z jego najbarwniejszym elementem czyli tzw. Klamotami. Dla tych co nie wiedzą powiem że to rodzaj pchlego targu na którym będzińskie żuliki sprzedają swoje skarby by zarobić grosz na kolejnego bełta. Zabudowa The Libertis to ciągi niskich, skromnych kamieniczek. Gdzieniegdzie można natknąć się na przerwy w tym architektonicznym uzębieniu – budynki strawione pożarem, których nikt jeszcze nie odbudował. Królują tu najprostsze kwadratowe i prostokątne konstrukcje, domki z czerwonej cegły lub elewacje z szarego betonu. Całość sprawia wrażenie chaosu i przypadkowości, która daje pogląd o panującej tu jeszcze niedawno biedzie. Po prostu budowano jak się da i z czego się tylko da. Spacerując po The Liberties czuję się jak w starych, robociarskich dzielnicach Zagłębia Dąbrowskiego. Centrum Będzina, sosnowiecka Pogoń czy Grodziec. Ta magiczna ascetyczność. Pionierskie industrialne osiedla, gdzie ludzie żyli na granicy przeżycia, spędzając większość swego życia przy fabrycznych maszynach. Ludzie. Specyficzną cechą The Liberties jest fakt, że jej mieszkańcy żyją tu od pokoleń. Kiedy przekracza się umowną granicę dzielnicy napotyka się wręcz na inny, oryginalny typ ludzki. Twarze stają się jakieś inne, powykręcane, brzydkie. Prawie cała populacja odziana jest w sport clothes czyli ni mniej ni więcej tylko w dresy i podróbki butów do biegania, skakania i grania. Ciałka raczej rachityczne i chude u facetów, puszyste i obfite u kobitek. Miejscowi nie wylewają za kołnierz – nawet przed południem spotkać można licznych zawianych płci obojga. Moim bohaterem okolicy jest około czterdziestoletni załogant z dreadami do pasa - wiecznie zamroczony. Przemierza on zaułki The Libertis uzbrojony niezmiennie w puszkę piwka i kpiarski uśmieszek. Podejrzewam go o bycie punkiem i uczęszczanie na koncerty Boomtown Rats pod koniec lat siedemdziesiątych. Jeśli spojrzysz mu nieco dłużej w oczy poprosi cię o drobne. Co zabawne często spaceruje z discmanem i nowocześnie wyglądającymi słuchawkami. Kolejnym okazem jest facio w wieku mojego taty (grubo po pięćdziesiątce), którego spotykam dosłownie codziennie w drodze do pracy czyli nieco przed ósmą rano. Gość bez względu na pogodę odziany jest w solidny płaszcz koloru khaki i przeciwsłoneczne okulary. Jest bardzo towarzyski, często coś do mnie krzyczy z drugiej strony ulicy – nie bardzo wiem co! Opis oryginałów zakończę wizją babci-gazeciarki. Jest codziennie na rogu Thomas i Meath St. Zawsze z cygaretką w zębach robi slalom między samochodami podając kierowcom miejscowe brukowce. Za to w niedzielę około południa można ją zobaczyć w jednym z okolicznych pubów, pijącą kolejnego Guinnessika. Okazów takich jest w The Liberties wiele. Jej mieszkańcy są ogólnie bardzo przyjacielscy i wbrew pozorom niegroźni. Raczej sympatyczni i zwariowani. The Liberties to takie Zagłębie w Dublinie i może dlatego poczułem się tutaj bardzo szybko jak w domu. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że jest to po prostu jeszcze jedno miejsce zapomniane przez boga. I w pewnym sensie będzie miał rację. Nie jest to cel wycieczek przeciętnych turystów (z wyjątkiem fabryki Guinnessa), jeżdżących wynajętymi autokarami z przewodnikiem. Nie jest tam pięknie i milutko jak na typowej pocztówce z Dublina. Jeśli jednak ktoś chciałby poczuć inny, oryginalny charakterek tego miasta nie może tego miejsca przeoczyć. I mimo, że wkrótce opuścimy Meath Street, przenosząc się w jakieś bardziej normalne obszary, bez dwóch zdań warto było wtopić się na parę miesięcy w ten zwariowany świat. Tak czy inaczej polecam The Liberties każdemu zwolennikowi alternatif turistik, którego nogi zaprowadzą do Dublina. kur |
Sortuj rosnąco | Sortujuj malejąco
|
| © 1998 - 2006 BędzinBeat | |